nr. 83
VICTORIA, BC,
Grudzień 2017
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Obiad Noworoczny
Dom Polski
14 stycznia

Zabawa Sylwestrowa
Dom Polski
31 grudnia


ARTYKUŁY

Bibliotekarka
Dyżurna


Z. Kossak-
Cicha Noc


S. Smolka-
W Wigilię

Bożego Narodzenia

Opłatek
tradycja

B.Ulewicz-
Camino

pielgrzymka

E.Kamiński-
Zapiski"

ciąg dalszy

S. Rdesiński
Flis

odrzański

A.Kurnicki-
Generał Rowny

wspomnienie

Orle gniazdo
polska legenda

Teleskop TMT
astronomia

Życaenia
świąteczne


Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 38

Rozmaitości

Indeks autorów

Bożena Ulewicz

Camino, światło, łąka-znaki

Jeśli fani gatunku oglądali kiedyś „Konwój”, świetny film Sama Peckinpaha z 1978 roku, to może przypomną sobie wypowiedzianą przez jednego z bohaterów kwestię: „celem konwoju jest być w ruchu”. Takie było motto szalonej podróży „Kaczki”, kierowcy wielkiej ciężarówki ( w którego wcielił się Kris Kristofferson ), uciekającego przez kilka stanów przed każącą ręką wrednego szeryfa. Parafrazując to powiedzonko, można powiedzieć, że celem pielgrzyma jest nie tylko być w ruchu, ale przede wszystkim podążać do celu.
Pielgrzym nie idzie przed siebie tylko, żeby iść, zapatrzony w linię horyzontu, poddając się jej złudnej perspektywie. Pielgrzym spogląda wyżej, podąża drogą wiary, będącej jego życiem i przeznaczeniem. Chce jej dotknąć, poczuć, zwłaszcza w miejscu, które w jego przekonaniu jest tej wiary źródłem. Czasami jednak po przybyciu do celu podróży może poczuć niedosyt, nawet rozczarowanie, co często się zdarza, gdy konfrontujemy marzenia i oczekiwanie, z rzeczywistością i spełnieniem. Czasami jednak dar wiary dopadnie i przepełni wędrującego na długo przed dojściem do celu, gdzieś całkiem w pół drogi. Nagle i niespodziewanie. Ale nikt nie zawraca. Idzie się dalej. Do celu.

CAMINO

Kiedy pada to słowo, wiadomo, że może chodzić tylko o jedną drogę – świętego Jakuba. Rzadko które miejsce tak mocno związane zostało ze szlakiem, do niego prowadzącym. Jest tyle dróg do Composteli, a każda z nich inna - dłuższa, krótsza, łatwiejsza, trudniejsza. Gdy rankiem budzę się na czwartym piętrze przydrożnego hotelu w Padron i uchylam żaluzję, do pokoju wlewa się rześkie powietrze i bladoróżowe świtało poranka. Z pobliskiej szosy słychać przejeżdżające samochody. Na wprost okna ogromne drzewo z czerwonymi owocami przypominającymi kasztany, ale moją uwagę przyciąga człowiek przemierzający chodnik, tuż za ogrodzeniem. Wędrowiec z niewielkim plecakiem, ubrany sportowo, dość staroświeckim, niemarkowym stylu, szedł żwawo, wspierając się na charakterystycznym drewnianym kosturze. To pierwszy prawdziwy pielgrzym, którego zobaczyłam na szlaku do nieodległego Santiago de Compostela.
Właśnie gdzieś na brzegu w pobliżu Padron miała wylądować łódź – jak chce legenda – bez wioseł, ale za to w asyście aniołów. Inna wersja, bardziej racjonalna, głosi, że ciało apostoła Jakuba dowieźli tu jego uczniowie, prosząc lokalną władczynię o imieniu Lupa, aby pozwoliła pochować mistrza. Pamiętajmy, że śmierć Jakuba nastąpiła w Jerozolimie w roku 44. Dalszym wypadkom towarzyszyły niezwykłe okoliczności. Ostatecznie ciało apostoła spoczęło w Santiago de Compostela, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza, u św. Jakuba z gwiezdnego pola. Grób odkryto w roku 813. I wtedy się zaczęło. Miasto stało się trzecim co do liczby przybywających pielgrzymów, mam tu na myśli chrześcijan, ośrodkiem kultu religijnego, zaraz po Jerozolimie i Rzymie.
Ciekawe, cóż tak ciągnie ludzi, aby pewnego dnia wziąć tobołek, zatrzasnąć drzwi i ruszyć w drogę. Decyzja podszyta jest w równym stopniu religijnością co romantyzmem. Niektórzy mówią o realizacji marzeń, pokonywaniu słabości, zmaganiu się z samym sobą. Dla innych to dziękczynienie, lub przebłaganie. Wszystko to prawda. Ostatecznie ważny jest cel i dotarcie do grobu świętego Jakuba. A może to, co naprawdę się liczy to sama droga i wszystko, co w czasie tej wędrówki przeżyjemy. Można przestudiować setki pielgrzymich opowieści, tych zapisanych w prastarych annałach, i tych wyklikanych dzisiaj na niezliczonych blogach, opatrzonych tysiącami zdjęć, i znaleźć różne odpowiedzi. Przereklamowana powieść Coehlo niewiele wyjaśni. Jeśli szukasz odpowiedzi musisz się zmierzyć z camino sam. Co nie oznacza, że trzeba iść samotnie.
„Synowie Gromu”, Jakub zwany Większym lub Starszym i jego brat Jan, zanim poszli za Panem, byli zwykłymi rybakami znad jeziora Genezaret. Aż trudno pojąć, jak wokół św. Jakuba powstał tak głęboko nasycony wiarą kult, kiedy większość z tego, co o nim wiemy, poza przekazem z Nowego Testamentu, to nieledwie legendy, w których pełno jest o tak niezwykłym wydarzeniach, jak cudowne ożywienie niesprawiedliwie podejrzanego o kradzież i powieszonego pielgrzyma, nie mniej cudowne przypłynięcie morzem ciała apostoła do Hiszpanii, czy wsparcie Karola Wielkiego w bitwie pod Clavijo (844 r.), kiedy to święty dosiadając białego rumaka miał w czasie bitwy zmusić Maurów do ucieczki. A jednak do miejsca, w którym w latach 1075-1128 wzniesiono imponującą bazylikę, od wieków, praktycznie już od VIII wieku, pielgrzymują nieprzeliczone rzesze pielgrzymów z całej Europy, aby oddać cześć apostołowi, przytulić się do jego posągu usadowionego uroczyście w głównym ołtarzu świątyni, zyskać odpust zupełny, a przynajmniej osobistą satysfakcję, bo powiedzmy szczerze do Santiago de Compostela prowadzą ludzi nie tylko religijne pobudki.
Wprawdzie ruch pątniczy trwa przez cały rok, ale najwięcej ludzi pojawia się tu w dniu św. Jakuba, 27 lipca. Wtedy nie łatwo jest się dostać do monumentalnego kościoła, aby być świadkiem uruchomienia ogromnej kadzielnicy, będącej jednym z symboli Santiago, którą rozkołysać musi kilku mężczyzn. Nasza grupa bezkolizyjnie zwiedziła usytuowana na wzgórzu katedrę, arcydzieło hiszpańskiej architektury romańskiej, zaliczając uściskanie św. Jakuba i zejście do miejsca pochówku apostoła w podziemiu, tuż pod ołtarzem. Nasi pielgrzymkowi księża odprawili mszę św. w kaplicy św. Marii Pilar. Madonna del Pilar jest patronką Hiszpanii i wszystkich krajów języka hiszpańskiego. 12 października, dzień jej dedykowany, jest świętem narodowym Hiszpanii. Największa świątynia poświęcona jej właśnie znajduje się w Saragossie. Ale Maryja, jeszcze za swego życia, miała ukazać się, w sposób cudowny, Jakubowi borykającemu się z ewangelizacją pogan na półwyspie iberyjskim, żądając od niego wzniesienia świątyni w Saragossie. Kaplica w Composteli upamiętnia to wydarzenie.
Nie sposób wyjechać z Composteli nie nabywając słynnej muszli przegrzebka, którym oznakowany jest szlak Jakubowy. Przegrzebek to także przysmak w miejscowych restauracyjkach. Trudno sobie odmówić tej niewinnej przyjemności. Znakomicie komponuje się z wytrawnym białym winem. W końcu kraj poznajemy również poprzez nasze podniebienie.

ŚWIATŁO

Do Fatimy dojechaliśmy z Lizbony. Zdążyliśmy wrzucić bagaże do pokoju, zjeść kolację i popędzić na nabożeństwo różańcowe. Była sobota i na placu, nie tylko przy kaplicy, ale w całej niecce łączącej stary kościół na wzgórzu z nowoczesną bazyliką na przeciwstawnym krańcu falowało morze płomyków świec i lampionów. Zmęczenie po całodziennej podróży, myśl, żeby o jakiejś przyzwoitej porze trafić do łóżka sprawiła, że nie czułam modlitewnego zaangażowania. Wokół rozlegał się chór Ojcze nasz i Zdrowaś Mario we wszystkich nieledwie językach świata, przerywany śpiewem, a ja bardziej skupiałam się na oglądaniu otoczenia, ludzi, próbując dopasować obrazy do wyobrażeń, jakie miałam o tym miejscu. Co jakiś czas sanktuaryjni strażnicy przesuwali nas raz w prawo, raz w lewo, aby ustąpić miejsca przesuwającym się na kolanach w kierunku kaplicy ludziom. W większość były to kobiety, przeważnie młode kobiety, same, lub w asyście siostry, kuzynki bądź przyjaciółki. Matkom towarzyszyły dzieci. Trochę rozbawił mnie widok mężczyzny, pewnie męża, asystującego podążającej na kolanach niewieście. Troskliwie ściskał jej torebkę. Zdarzały się całe rodziny wspólnie pokonujący ten szlak, wcale nie łatwy. Zdarzały się też same dzieci. Mężczyzn za wielu nie widziałam. Może pokutowali po nocy.
Kulminacyjną częścią wieczornego nabożeństwa była procesja. W pewnej chwili strażnicy sprawnie rozdzielili tłum na dwie części tworząc drogę na przejście jasnej figury Matki Boskiej. Zza ołtarza wynurzyła się grupa mężczyzn niosących na ramionach posąg Maryi spowity kwiatami. Poprzedzali ją księża, chyba wszyscy, którzy danego dnia przebywali w Fatimie. Uroczyście niesiono flagi, w tym dwie lub trzy polskie. Największe wrażenie robił jednak imponujący gwiaździsty sztandar Stanów Zjednoczonych. Po chwili Maryja płynęła ponad tłumem w powodzi świateł. Ze schodów starego kościoła niczym połyskujący wodospad zaczęły spływać płomienie lampionów. „Ave, ave ,ave Maria” i ruszyliśmy w kierunku zawieszonego przed przed nową bazyliką, połyskującego matowym światłem różańca. Na pogodnym tle nieba srebrzył się młody księżyc.
Wszyscy poszukują prawdy o Fatimie, zwłaszcza o jej tajemnicach. Zastanawiamy się nad sensem objawień, ich znaczeniem, usiłujemy zrozumieć dlaczego właśnie tu, dlaczego przydarzyło się tym, a nie innym dzieciom. I dlaczego Maryja dla swych objawień wybiera najczęściej dzieci, albo ludzi prostych. Dzieciństwo to nie tylko niewinność, to także ufność i przyjmowanie bez zastrzeżeń faktów, które przeciętny dorosły już by parokrotnie zważył, wymierzył i na koniec poddał w wątpliwość śpiesząc się do pracy lub świeckich rozrywek. Nie należy się zatem dziwić, że to właśnie dzieciom Matka Boża przekazuje swoje w gruncie rzeczy nieskomplikowane prośby, czasami – jak w przypadku Fatimy - dodając do tego szersze przesłanie. Siostra Łucja, ostatnia z trójki dzieci, której dane było dożyć sędziwego wieku, umarła mając ponad 90 lat. Większość dorosłego życia przeżyła w klasztorze karmelitanek w Coimbrze, mieście słynnym z uniwersytetu, śpiewaków fado i św. Izabeli, której grób znajduje się w ufundowanym przez portugalską królową klasztorze klarysek. Zmarła w lutym 2005 roku Łucja czeka na beatyfikację. Czy to przypadek, że niespełna dwa miesiące później odszedł do Boga papież Jan Pawel II, którego losy wprzęgły się w tajemnice fatimskie. W nowoczesnym muzeum wizjonerki można obejrzeć przedmioty, których używała – habit, różaniec, maszynę do pisania, wzruszającą starutką walizeczkę, z którą przybyła do klasztoru i której pewnie nie często używała.
Naturalnym dopełnieniem wizyty w Fatimie jest wyjazd do Aljustrel, miasteczka, a przed stu laty ubogiej wioseczki, w której żyły rodziny Marto i dos Santos. Pielgrzymi i turyści z trudem przeciskają się przez niewielkie pomieszczenia domostw, w których przyszli na świat mali wizjonerzy – Łucja, Hiacynta i Franciszek, dziwiąc się jak mogły się pomieścić tutaj liczni członkowie ich rodzin. Po zwiedzeniu rozpierzchają się po okolicznych sklepikach. Nie można stąd wyjechać, zwłaszcza w tym roku, bez pamiątki - różańca, figury Matki Bożej, czy magnesu na lodówkę z wizerunkami małych świętych. Pomysłowość producentów nie zna granic. W tym roku papież Franciszek kanonizował dwójkę najmłodszych, najwcześniej zmarłych. Pochowano ich w starym kościele, bazylice Matki Bożej Różańcowej, nie epatującej przepychem, stanowiącej dobry przykład piękna i umiaru. Tu również spoczęła Łucja. Nowa bazylika pw. Trójcy Przenajświętszej to połączenie kilku stylów. Miejscami przypomina halę sportową. Zapamiętałam piękną, złocistą mozaikę, nawiązującą do tej z Ravenny, z ukrzyżowanym Chrystusem w głównym pomieszczeniu oraz poczekalnie dla oczekujących spowiedzi penitentów z elektronicznymi tablicami wyświetlającymi kolejność do poszczególnych konfesjonałów. Jak na poczcie, albo lotnisku. Kaplica Najświętszego Sakramentu wyciszała wcześniejsze wątpliwości i zaskoczenie.

ŁĄKA

Nie pamiętam, ile już razy byłam w Gietrzwałdzie jako pielgrzym zbiorowy bądź indywidualny. Było tego trochę. Nie zawsze we wrześniu, kiedy w pierwszą niedzielę po 8 września z Olsztyna, Ostródy, Olsztynka na szosy wylegają idące czwórkami szeregi pielgrzymów z nieodłącznym krzyżem i tabliczką na czele każdej grupy, oznaczającej miejscowość i parafię. Brzęczą gitary, mieszają się różne pieśni, co jakiś czas grupa wycisza się poddając rytmowi różańca.
Dla mieszkańców Warmii i Mazur Gietrzwałd to prawie codzienność. Miejsce, dokąd łatwo dotrzeć, które trudno pominąć przejeżdżając 16-tką , z której roztacza się ładny widok na miejscowość. Trzeba przyznać, że Matka Boża wybiera ładne miejsca dla Swoich objawień. Tak się złożyło, że 27 czerwca 1877 roku wypatrzyła sobie Gietrzwałd, zanurzony w lasach, wymoszczony łąkami, których zieleń trawy miesza się z gorąco żółtymi mleczami W tej mało komu znanej wsi na pograniczu zachodniej Warmii dostrzegła dwie nastolatki – Justynę Szafrańską ( bądź jak ostatnio piszą - Szafryńską ) i Barbarę Samulowską. W czasach coraz ostrzej wdrażanego kulturkampfu Maryja rozmawiała z Warmiaczkami w ich, polskiej, mowie. Było to poniekąd polityczne wystąpienie, bo objawienia gietrzwałdzkie obudziły poczucie polskości na Warmii i nadzieje na wymodlenie wyzwolenia ojczyzny z zaborów. Ale i w tym objawieniu najważniejszy był różaniec, nawoływanie do modlitwy, pokuta za grzechy. Trudne wyzwanie dla ludzi XXI wieku, kiedy wszyscy z założenia czują się rozgrzeszeni z wszystkiego. Aborcja? Proszę bardzo, a cóż w tym złego? Eutanazja? Już się robi. No problem. Zdrada małżeńska? Po prostu trendy. I tak dalej. Na co komu 10 przykazań, które tylko drastycznie ograniczają wolność jednostki.
Nie jestem odosobniona w poglądzie, jak wiele świat i ludzkość zawdzięczają modlitwie różańcowej, Tej odmawianej cichutko przez ludzi starych i chorych. Tej wypowiadanej jak mocne świadectwo wiary przez tłumy w Fatimie, Composteli, Gietrzwałdzie. 9 września 2001 roku szłam z pieszą pielgrzymką właśnie do Gietrzwałdu. Cały czas miałam przekonanie, że trzeba modlić się ze zdwojoną mocą. Wydawało mi się, że tak właśnie tego dnia się modlono. Jestem przekonana, że siła tej modlitwy sprawiła, że 11 września nie zakończył się jeszcze bardziej tragicznie. A tak właśnie mogło się wydarzyć.
I jeszcze jedno. Szkoda, że z narracji o gietrzwałdzkich objawieniach została wykluczona Justyna Szafrańska, czy Szafryńska. Mam tu na myśli jej dalsze losy. Wiemy, że zrezygnowała z bycia zakonnicą, że wyszła za mąż, osiadła bodajże w Westfalii. Jeśli była dobrą żoną i matką, jeśli była dobrym człowiekiem, nie można jej wykluczać z tej niezwykłej historii. A nawet, jeśli zdarzyło się pobłądzić na niełatwych ścieżkach życia, pamiętajmy, że jej pierwszej pokazała się Matka Boża i to także do niej spłynęły słowa: “Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali różaniec!”>

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji