nr. 81
VICTORIA, BC,
WRZESIEŃ 2017
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Zabawa Andrzejki
Dom Polski
25 listopada


ARTYKUŁY

Od Redakcji

J. Mróz (Młot)-
Bojownicy

o Polskę

W.Doroszewski-
Język Warszawy

gwara Wiecha

W.Widział
Wieloryb

The Globe

F.Lachowicz -
Język polski

za granicą

E.Kamiński-
"Sojusznicy"

Zesłańcy - ciąg dalszy

I.Kowalewski-
Nowe zasady

obywatelstwa Kanady

E.Caputa-
Piknik


E.Caputa-
Jagodowy bulgot
z kanadyjskiej kuchni

Fotoreportaż-
Piknik 2017


Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 36

Rozmaitości

Indeks autorów

Witold Doroszewski

Język Warszawy

„Na Pragie, panie szanowny, na Pragie!” Po prawie rocznej nieobecności były to pierwsze słowa, które mi zadźwięczały po wyjściu z pociągu w stolicy, a którą jak mówi poeta” poznałbym ci że bym na krańcach świata.” Ano tak, to już na pewno jestem w Warszawie. Miasto w gruzach, w ulicach wyrwy, ruiny, pod którymi trupy leżą, gdzieniegdzie już trawa porasta – najprostszy sposób, ufność budzący symbol zwycięstwa prawa życia nad prawem śmierci.
Skąd ta śmierć padła na miasto? Zanim ją przyniosły bomby i pociski trwała ona w języku i w stylu naszego myślenia, kryły ją w sobie pewne słowa tragiczne, słowa nadziemskich uniesień, odwiecznych nierzeczowych nadziei, paczonych tęsknot, słowa – faryzeusze prężące wolę do lotu w próżnię, a niewolące myśl, odwracające ją od oblicza rzeczywistości, słowa kostniejące w hierarchicznej fikcji, która, gdy już przełamie życie, bucha krwią.
Warszawa – dziwne miasto. Tragiczna ofiara a zarazem najbardziej dynamiczny ośrodek życia polskiego. Trudno się oprzeć tłoczącym się do głowy refleksjom, ale oprzyjmy się im przynajmniej w dziedzinie historiozofii i zatrzymajmy spoj-rzenie na dziedzinie w której wielostronność i rozmach Warszawy z niemniejszą siła biją w oczy – na dziedzinie języka. Parale-lizm ten jest zresztą naturalny, bo wszakże język nie jest niczym innym jak życiem przełamującym się w pryzmacie słowa.


Warszawa nie zgłasza swoich pretensji w sporze o to, które miasto jest kolebka polskiego języka literackiego. Tą historyczną kolebką nie była ani ona, ani Mazowsze, którego udział w kulturalnym życiu Polski mogą zresztą w pełniejszym niż dotąd świetle przedstawić pewne badania historyczne. Niemniej rola Warszawy w rozoju języka była doniosła, bo tu spawały się, spotykały się i żyły ze sobą wypychane przez partylularyzm żywioly z całej Polski, których język ulegał z konieczności pewnemu przemieszaniu – a jak wiadomo, istnieje nawet takie określenie, że najlepszym językiem mówi ten po kim nie można poznać z jakiej okolicy pochodzi.
Poczesne miejsce zajmuje Warszawa w kształtowaniu ogólnopolskiej normy językowej.
Pierwsze wydanie słownika Lindego u samego progu XIX wieku ukazało się w Warszawie. A u progu wieku XX zaczęły się ukazywać pierwsze tomy największego słownika jezyka polskiego pod redakcją Karłowicza, Kryńskiego i Niedźwieckiego - słownika do którego nawiasem mówiąc materiały uzupełniające obejmujące wiek XX spłonęły w powstaniu, w sierpniu roku 1944. W Warszawie pracował jeden z czołowych językoznawców polskich XIX wieku Karłowicz postać wybitnej miary europejskiej. W Warszawie uczył Kryński, wytrawny i zasłużony obrońca i krzewiciel poprawności językowej. W Warszawie ostatnie dziesięciolecie swego życia pracował Baudoin de Courteney, autor powiedzenia, że człowiek ma nie tylko prawo, ale i obowiązek kształcenia swoich narzędzi społecznych – powiedzenie może i powinno być hasłem wszelkiej oświeconej pracy nad językiem. W Warszawie pracowal nad używaniem poprawnej fonetyki Bennini, tu działał Szober, autor słownika ortograficznego języka polskiego i gramatyk języka polskiego, współredaktor ”Poradnika Językowego” poświęconego zagadnieniom poprawności i kultury języka. W Warszawie wreszcie żywe były zawsze zainteresowania językiem wśród szerokich rzesz miłośników wśród których nie brakowało ludzi zasłużonych, jak na przykład Jan Rzewuski.
Zarówno więc w dziejach spontanicznego kształtowania się języka, jak i w dziejach celowej, świadomej pracy nad jego uprawą, urbanista mógłby pwiedzieć – jego budowaniem ma Warszawa piękną kartę, świecącą blaskiem tym mocniej, że odcinającym się od tak często posępnego tła miasta.
Ale oprócz tego w Warszawie, również jako wielkim mieście krzewi się pewna odmiana języka, na którego określenie brak nam właściwie odpowiedniego polskiego wyrazu. Idzie o to co Francuzi nazywają mianem argot, a Anglicy mianem slang, czyli o mowę uważaną za mowę drugiego gatunku, produkt którym się gorszą niektórzy jako obiawem skażenia, zepsucia właściwego języka literackiego, o specyficzną gwarę przedmieść i ludzi mało wykształconych. Do zakresu tej gwary należą między innymi, te wyrażenia których popularność upowszechnił autor Wiech.
A możnaby i inną gwarę nazwać po prostu Wiechem pisząc ten wyraz małą literą i używając jako rzeczownika pospolitego. Dość trudno zidentyfikować istotę wiechu i odgraniczyć tę odmianę języka od przeciętnego, uświęconego „dobrymi obyczajami” wysławiania. Zresztą można tę cechę właśnie przyjąć za podstawową: wiechem jest sposób mówienia, który narusza lub razi ustalony konwenans kulturalno-językowy, a więc odbija najbardziej od wszelkiej mowy uroczystej, konturowej, wyszukanej, poważnie urzędowej, zhierarchizowanej. Rożne są typy i odchyleń od tego, co stanowi normę prymującą w pewnym środowisku. Odbiegają od niej gwary przestępców, uczniowskie, zawodowe, tworzące całą gamę odmian i odcieni swobodnego, nie książkowego stylu.
W różnych środowiskach różne bywają reakcje na naruszanie norm językowych: konserwatyści Anglicy odczuwają, jako rażące i nie przystojne wiele takich wyrazów i zwrotów, którymi się posługują pełni zapału i rubaszni Amerykanie. We Francji rozdział między językiem książkowym, a pisanym zarysował się mocniej niż gdzie indziej, język pisany, cieniowany, szlifowany w ciągu wieków osiągnął niezwykle wysoki stopień wyrobienia, ale się też staje narzędziem, którym trudno operować, którego przydatność poza Francją nieustannie od przeszło dwóch wieków się zmniejsza. We Francji samej to narzędzie się zużywa, wyciera, bo jest odczuwane przez masy, jako dające mało efektu w ekspresji. Pewien autor – Francuz, ogłasza przed wojną książkę „Czy język francuski jest językiem martwym?”. Jako reakcja na zużycie języka książkowego rodzą się wyraziste argota swary – wiechy człowieka ulicy, dosadne, ironiczne, wybuchowe będące wyrazem dołem płynącej Francji. Otóż ten właśnie moment jest istotny. Wprawdzie stosunki nasze w dziedzinie języka nie są podobne do francuskich, języka polskiego mówionego od pisanego nie dzieli tak wielki jak we Francji przedział, ale i u nas ów wiech prostego człowieka jest wyrazem ekspansywnej siły mas, ich krytycyzmu, humoru, nieodłącznego znamienia inteligencji – wreszcie czasem nieugiętej postawy wobec przemocy. – Można napisać studium o niemieckim terrorze w Polsce i źródłach polskiej odporności; ale tyle niemal, co tom studiów mówi fakt, że narzędzie zbrodni w rękach niemieckich, pistolet automatyczny, ochrzczony został żartobliwie, lekceważącą, tak popularną w Warszawie nazwą „rozpylacz”. Ten jeden przykład mówi właściwie wiele o heroizmie, ale w sposób przyjemny, bez patosu, bez koturnów.
Teraz ludzie przedsiębiorczy w Warszawie wożą „łebki”. Trudno nawet, gdy się jest tym „łebkiem” nie odczuć życzliwości do pogodnego humoru, który cechuje tę nazwę świadczącą o dość jednostronnym stosunku do bliźniego.
Gdy się ma iść okólną drogą przez most pontonowy, to może ogarnąć depresja, ale gdy się posłyszy zachęcające: „Pójdzie pan pontoniakiem” to się reaguje odruchem determinacji, skromny, cieszący się takim wzięciem w Warszawie sufiks – ak- to sprawia. ”Jak szybko jedzie!” oto stwierdzenie rzeczowe, ale neutralne, blade… ”Ale posuwa” – mówi z zachwytem sprzedawca Życia Warszawy, patrząc na mijający motocykl i osiąga zupełnie inny efekt. ”Zostaliśmy wprowadzeni w błąd i zawiedzeni w naszych nadziejach” – oto stylizacja jedna, „Wystawili nas do wiatru” to stylizacja druga mocniejsza i zdradzające kogoś, kto wykazuje odporność i jest zdecydowany drugi raz się nie dać nabrać.
W tych wszystkich zwrotach jest spontaniczność, a nie ma hieratyzmu i blagi, a na tych cechach już coś można budować. Są zapewne osoby, które nigdy takich wyrażeń nie używają – ale są to też raczej jednostki nigdy nie wznoszące się ponad sytuację w której się siłą okoliczności znajdą. Ani taki typ jednostki ani taki towarzyszący jej wyblakły język nie dominują w życiu Warszawy, której język między innymi opiewał poeta w wierszu zaczynającym się od słów: „Jakże nie kochać cię Warszawo!”.
Wachlarz językowy Warszawy rozpięty jest bardzo szeroko skalą; od tradycyjnej pielęgnowanej staranności wysławiania się do samorzutnych wiechowych pogwałceń językowego konwenasu. W tej rozpiętości właśnie jest życie i jego afirmacja i ona to sprawia, że historia Polski, a także i historia języka polskiego tak szerokim nurtem płynie przez Warszawę. >

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji