nr. 78
VICTORIA, BC,
MARZEC 2017
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Teatr Brawo
Ożenek

Dom Polski
2 kwietnia

Wielkanocne Jajeczko
Dom Polski
24 kwietnia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

E.Korzeniowska-
Dzień Kobiet

dawniej i teraz

A.Ibis-
Ordonka

przedwojenna gwiazda

E.Korzeniowska
Rewolucje

w modzie

Chłodnym okiem
Między Panem
Studentami i Plebanem

E.Kamiński-
Krąg śmierci

Zesłańcy - ciąg dalszy

L. Mongard-
Zioła witalności


M.Lachowski-
Teatr Brawo

informacje

CIEKAWOSTKI
z bliska i daleka

Kobieta w malarstwie
polskim

galeria Stron

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 33

Rozmaitości

Indeks autorów

Andrzej Ibis Wróblewski

Ordonka

Co oni w niej widzieli? Nie raz się na tym zastanawiałem, słuchając zrekonstruowanych nagrań Hanki Ordonówny. Czym ich urzekła? Czym ich opętała, że piali z zachwytu, chcieli się dla niej strzelać, wypisywali panegiryki i windowali na piedestał? Głosik tyci, drżący („kozia wibracja”- jakby powiedzieli współcześni znawcy), ekspresja staroświecka, dziś nikt by tak nie interpretował piosenki, bo i sentymentalizm i afektacja, parlanda sztuczne… Prawda, była przystojna, efektowna, bo w scenach z przedwojennych filmów, w których grała, można to zauważyć; była zgrabna, o sporej dozie seksapilu, jak to się wtedy nazywało, ale nawet ten rodzaj seksu, który reprezentowała ma w sobie coś sztucznego.
Przecież jednak pamiętam, jak na kilka lat przed wojną ( może to był rok 1931, może 1932) rodzice, wybierając się do „Bandy” (kabaret warszawski) i nie mając, co ze mną zrobić, zabrali mnie ze sobą. Napiwek przy wejściu poskutkował, tylko warunek był taki, że w przerwach, kiedy na sali zapalało się światło, miałem siedzieć pod stołem. Siedziałem potulnie, wyłaziłem jednak, kiedy robiło się ciemno i chłonąłem zakazane uroki nadscenki. W pewnej chwili ojciec powiedział: „Uważaj, teraz będzie Ordonka”. Nie pamiętam, co śpiewała, ale podobno dopytywałem się, czemu jest taka smutna. Wiem tylko, że była bardzo szczupła i, że w świetle reflektorów połyskiwała jej zielona suknia.
To mało i dużo zarazem. Myślałem o tym często, jak to się stało, że taka niepozorna instytucja jak nadscenka zdołała wylansować tyle sławnych nazwisk, że stwarzała wokół siebie aurę znaczącego wydarzenia, że kabaret w Polsce zajmował takie ważne miejsce w życiu kulturalnym, politycznym i społecznym.


Sądzę, że jest w tym coś z losu polskiego i narodowego charakteru Polaków. Historia nie obchodzi się z nami łaskawie. Uciskani i więzieni, okupowani i gnębieni, cały wysiłek, całą wolę, całą przebiegłość musieliśmy, jakże często, koncentrować na tym, żeby przetrwać, żeby ochronić substancję narodową, ocalić to, co najważniejsze z tego, co przekazała nam tradycja. Kto chciał mówić pełnym głosem musiał emigrować. Ten, kto zostawał musiał się uciekać do aluzji. Rytm życia coraz bardziej przyspieszał. Dobiegała końca niewola Polski. Ludzie czekali na SŁOWO, ktoś je musiał wypowiedzieć.
Wypowiedział je właśnie kabaret.
Od „Zielonego Balonika” z roku 1905 w Krakowie przez „Figliki” z roku 1906 i warszawskiego „Momusa” zaczyna się triumfalny pochód kabaretu przez miasta polskie. Jego największy rozwój notuje się w latach międzywojennych. Był na ustach wszystkich. Jego piosenki podchwytywała ulica. Premiery omawiało się w sferach rządowych. Kabarety stały się modne. Pisywali dla nich m.in. Julian Tuwim, Marian Hemar, Konrad Tom, Świętopełk Karpiński, Antoni Słomiński, Jan Brzechwa, występowali – Fryderyk Jarosy, Zula Pogorzelska, Mira Zimińska, Stefcia Górska, Zofia Terne, Adolf Dymsza, Ludwik Sempoliński, Eugeniusz Bodo i inni. Nazwy kabaretów na trwałe się wpisały do historii nie tylko sceny, ale polskiej myśli społecznej. „Banda”, „Cyrulik Warszawski”, „Qui pro Quo”, „Ali Baba”, „Siedem Kotów”, „Jama Michalikowa”, Kraków, Lwów, Warszawa i mniejsze miasta – były wszędzie tam, gdzie świadoma widownia oczekiwała aluzji do rzeczywistości, komentarza do aktualnych wydarzeń politycznych, społecznych, nawet towarzyskich.
W jednym z takich kabaretów, w warszawskim Sfinksie (Marszałkowska 118) zadebiutowała w roku 1918 chuda szesnastoletnia tancerka z długim blond warkoczem, stremowana Marysia Pietrusińska. Maria Anna Pietrusińska, tancerka corps de balet Teatru Wielkiego w Warszawie, wpadła w oko innemu tancerzowi, panu Brodelkiewiczowi, który właśnie zaangażował się do kabaretu i poszukiwał partnerki. Kabaret „Sfinks” – owoc niezwykłej spółki, – bo założyli go dwaj producenci gumy arabskiej z Włocławka: Malinowski i Arnold - profesor walk zapaśniczych, oraz niewydarzony literat-kompozytor Wacław Julicz, zgromadził wielu znakomitych wykonawców, jednak świetnym programem nie zasłynął. Tam właśnie wystąpiła po raz pierwszy Marysia, której Julicz kazał tańczyć Moment Musical Shuberta w stroju kowbojskim. Wystąpiła pod pseudonimem, który później miał zastąpić jej prawdziwe nazwisko: Hanka Ordonówna.
Debiut przeszedłby może niezauważony, gdyby Julicz w drugim programie nie kazał młodziutkiej tancerce zaśpiewać. Tu ją dopadli recenzenci, bo rzeczywiście nic nie umiała. Jeden z nich zrobił nawet uwagę, że dzieci i kotów nie należy wpuszczać na scenę.
Załamało to dziewczynę ostatecznie. Spakowała manatki i wyjechała do Lublina, stamtąd do lwowskiego kabaretu „Bagatela”, potem do Wilna i Krakowa. Były to dla niej trudne lata. Występowała w teatrzykach rewiowych i operetkowych. Bez powodzenia. Zrezygnowana zdecydowała się wreszcie wrócić do Warszawy. Grała w „Mirażu” i „Stańczyku” i dopiero w 1923 roku zaangażowała się do najwybitniejszego w tym czasie kabaretu
” Qui pro Quo”. Tam zaczęła się jej kariera.
Jak to zwykle bywa, ktoś się musiał nią zainteresować. Tym kimś był Fryderyk Jarosy. Z pochodzenia Węgier, włóczył się po Europie z rosyjskim teatrzykiem emigracyjnym „Błękitny Ptak” (Sinaja Ptica). W Warszawie poznał Ordonkę, zakochał się i został. Szybko nauczył się polskiego, ale cudzoziemskiego akcentu nie stracił i tym zabawnym językiem wygłaszał dowcipnie i inteligentnie skonstruowane zapowiedzi i komentarze do programu. Wkrótce miał zresztą stać się królem konferansjerów. Otóż Jarosy zajął się wykształceniem estradowym Ordonki, i zajął się tak skutecznie, że rychło przyćmiła ona swoje koleżanki, zaczęła występować gościnnie na innych scenach (również za granicą, w Berlinie, w Budapeszcie i w Wiedniu), grywać w filmie, bywać w najlepszych towarzystwach.
Jej popularność w dużej mierze wypływała z mitu kariery Kopciuszka. Oto nieznana nikomu dziewczyna, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, może zdyskontować i rozwijać swój talent, przebić się i wybić ponad środowisko. Chłodna i stanowcza w dochodzeniu do celu, a jednocześnie pełna ciepła w stosunku do ludzi, Ordonka wzięła odwet za swą młodość wychodząc za mąż za hrabiego, Michała Tyszkiewicza. Majątek ziemski, samochody, lokaje, przyjęcia – oto ów baśniowy świat niedostępny dla setek tysięcy, które jej zazdrościły, a dla których modelem, idolem, nieosiągalnym wzorem stylu życia była. Trzeba pamiętać, że były to lata kryzysu światowego, który w Polsce lat trzydziestych odbijał się szczególnie dotkliwie na poziomie bytu warstw średnich, że bezrobocie i nędza to największe plagi społeczne tego okresu. Kabaret odzwierciedlał i te problemy, uczulał na nie, ale jednocześnie sam im podlegał, bo zmienne losy artystów nadscenek często stawiały ich w trudnej sytuacji życiowej.
Kariera Ordonki i pod tym względem stanowiła zaprzeczenie stereotypu. Była oszałamiająca. Mit sukcesu budowały wszelkie ówczesne publikatory: radio, film i prasa prześcigały się w podawaniu szczegółów z jej życia, donosiły o każdym zdarzeniu, o nowych sukniach, które sama projektowała, o samochodach, o wypadku, któremu uległa: publiczność gubiła się w domysłach na temat tajemnic, otaczających jej życie, zwłaszcza od czasów zamążpójścia i zamieszkania w mężowskim majątku Ormiany.
Bo jej występy były tą jawną stroną. Na estradzie czy na ekranie filmowym pokazywała się tak jak chciała, by ją widziano: smukła, tajemnicza, owiana mgiełką melancholii. Nie wszystkie jej piosenki były arcydziełami, choć wiele z nich było autorstwa wybitnych twórców takich jak Tuwim, Gałczyński czy Hemar. Śpiewała sporo ckliwych, sentymentalnych „pieśnideł”, jakich wiele kursowało w tym czasie, to znowu rzewne wyznania jakiejś prostej dziewczyny, – bo przeważnie takie typy, reprezentujące lud, pojawiały się wtedy na scenach.
…Lecz, gdy wieczorem wracam z fabryki,
Zakręcam grzywkę, wkładam trzewiki
I wtedy idę sobie do kina
I patrzę, patrzę na Możuchina.
Jakby się żyło wtedy wspaniale
Gdyby Możuchin nie grywał wcale
Po różnych kinach w tej Ameryce
Ale był majstrem w naszej fabryce…

To była odpowiedź na zapotrzebowanie społeczne widowni, upatrującej mitologii sukcesu w losach Kopciuszka i królewicza z bajki.
A satyra?
Satyra w latach trzydziestych podupadała. Był raczej humorek – a jeśli odzywał się jakiś głos prześmiewczy, to też w pewnych granicach żartu personalnego, aluzji, albo prztyczka. Przeważnie do piedestału wodza, czyli Marszałka Piłsudskiego. Satyra, owszem, pojawiała się, ale w szopkach politycznych, tylko, że to już zupełnie inna historia. Tu w kabarecie królował śmiech, który pokrywał niewesołą rzeczywistość społeczną nie mącąc spokoju widzów. Głosy ostrzegawcze sygnalizowały nadchodzące niebezpieczeństwo: wojnę. Ostatnia próba nowego programu kabaretu warszawskiego odbyła się w nocy 31 sierpnia 1939 roku. „ A teraz zaśpiewajmy hymn”, powiedział na zakończenie spektaklu Jarosy.
O świcie na Warszawę spadły pierwsze bomby.
Ordonka wyjechała do Wilna, gdzie w roku 1940 grała w teatrze muzycznym. Została wkrótce aresztowana i wywieziona do obozu w Afganistanie. Po zawarciu układu Sikorski - Majski w 1941 roku została zwolniona. Przedostała się do Armii Andersa. Potem, jako opiekunka dzieci, kilkuset dzieci polskich trafiła na Bliski Wschód wraz z II Korpusem generała Andersa. Chorowała na gruźlicę. W ostatnich latach życia objawił się w niej talent plastyczny. Malowała dziwne, urzekające smutkiem obrazy. Zmarła 2-go września 1950 roku w Bejrucie.
Jej niezwykłe życie z pewnością warte jest monografii. Tyle w nim niejasności i tajemnic, ile niepokoju w samej artystce. Czy osiągnęła to, o czym marzyła? W opinii tych, którzy oglądali ją na scenie – tak. Ci, którzy ją znali twierdzą, że nie. Wieczny niepokój gnał ją z miejsca na miejsce, stąd ciągłe podróże, wyjazdy. Tajemnica, jaka ją otacza rozciąga się nawet na datę jej urodzin ( według różnych źródeł: 11. VIII. 1904 – 25 IX 1902) i nazwisko Pietrusińska – Pietruszyńska). Mit ma jednak wielki żywot, trwający do dziś, jak trwają jej piosenki. >

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji