nr. 73
VICTORIA, BC,
SIERPIEŃ 2016
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

W Domu Polskim
Kalendarz imprez
do końca roku

Piknik Polonijny
Nad Elk Lake
28 sierpnia

Biesiada
Dom Polski
3 września

Polski Festival
Vancouver
4 września


ARTYKUŁY

Od Redakcji

W. Widział -
Bitwa Warszawska

Cud nad Wisłą

P.Stokłosa-
Czereśnie

w 20 smakach

E.Kamiński
Zesłańcy

cz. 4

E.Caputa-
Poczytajcie

recenzja książki

L. Mongard-
Szałwia


M.Lachowski-
Grupa teatralna

podziękowanie

I.Lompart-
Polska Szkoła

zakończona piknikiem

W Galerii Stron
Chełmoński

Polskie pejzaże

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 28

Rozmaitości
ludzie listy piszą

Indeks autorów

Vlastimil Hofman

Polska oczami Chełmońskiego


Babie Lato

Swego czasu, zdaje mi się, że już w czasie wojny światowej, wybrał się handlarz Z. do Królestwa, aby odwiedzić Józefa Chełmońskiego w jego sadybie.
Po kilkakrotnym pociągnięciu dzwonka zjawiła się nareszcie jakaś nieapetyczna baba o wyglądzie świniarki, której podziwu godnej energii Z udał się za nią lotnym krokiem Kiedy doszli aż do oszklonej werandy dworku, Z. spostrzegł poprzez szyby tejże stojącego w niej J. Chełmońskiego, który do wchodzącej świniarki odezwał się głośno: „Co mi tu za złodzieja miejskiego wprowadzasz?” Krótkie te słowa podziałały piorunująco na biednego Z., ale ponieważ miał szkołę Malczewskiego (ten mu się też nieraz dawał we znaki), momentalnie zorientował się, że z tej sytuacji innego wyjścia dla niego nie ma, jak tylko odważne przekroczenie progu domu sławnego malarza, rejterada jego kręcących się w okół brytanów była dla niego nie do pomyślenia. Wszedł więc i przedstawił się. Równocześnie, wyciągnąwszy z kieszeni list polecający, oświadczył, że przywiózł go od L. W. „Od tego durnia”, brzmiała lakoniczna odpowiedź. Z. wtedy zzieleniał na dobre. Zapanowała na chwilę cisza grobowa. Po chwili jednak Chełm. wskazał ręką na krzesło. Z. jak gdyby pod magnetycznym wpływem usiadł i otarł sobie chustką spocone czoło. „Jesteś pan głodny”, zapytał nagle nieco mniej szorstkim tonem Chełm. „Jestem”, odparł Z. „Z ilu jaj zjadłbyś pan jajecznicę z 5 czy z 16-tu?” „Wystarczy z 3″, cicho odpowiedział Z. „Dobrze! Maryś czy Hanka słyszałaś? zrób szybko z 3 jaj jajecznicę, bo ten pan jest głodny”. Kiedy po chwili zjawiła się świniarka w swym fartuchu zawalanym gnojem, trzymając w rękach rondelek z dymiącą się jeszcze jajecznicą, Z. mimo zaostrzonego jazdą apetytu, jakoś nie bardzo się do tego jadła kwapił, czuł bowiem i widział przed sobą tylko ten szklący się obrzydliwy fartuch. Tymczasem Ch. zaczął rozmawiać i gościa o różności wypytywać. Potoczyła się gawęda aż do obiadu.


Przed Karczmą

W czasie jedzenia przy każdym nowym daniu Cheł. nachylał się nad talerzem i długo wąchał z bliska potrawę. (Z. później dowiedział się, że Cheł. miał wtedy manię, że go chcą otruć.) Wąchał zupę, wąchał mięso, wąchał ziemniaki i jarzynę. Z. wydawało się, że sam czuje z każdego dania coś nieokreślonego, przypominającego nieco swym zapachem ów frapujący kolorystycznie fartuch bądź co bądź usłużnej świniarki, która tymczasem kręciła się koło nich z wdziękiem wrodzonym każdej kobiecie. Wtedy Z. przypomniał się Goethe z swoimi nieśmiertelnymi słowami: „Das Ewig Weibliche”. Mnie zaś przed oczami w czasie tego opowiadania zaczęła się wyłaniać grupa z 3 osób złożona, w rodzaju jakiejś nieznanej litografii nieboszczyka Daumiera! Po obiedzie Cheł. wpuścił Z. do swojej pracowni, w której znajdował się jeden, jedyny rozpoczęty, na sztaludze umieszczony obraz. Był to przebajeczny pejzaż. Z. oświadczył Cheł. chęć nabycia tegoż. Cheł. się zgodził, ale o zadatku nawet słyszeć nie chciał, wymawiając się, że obraz nie był wykończonym. Z. pomimo kilkakrotnego listownego upominania się, obrazu tego nie dostał, gdyż Cheł. ani słówkiem na jego listy nie odpowiedział.


Kuropatwy

Józef Chełm. już od lat najmłodszych zdradzał niepohamowany, żywiołowy pęd do malarstwa. Lubił zwłaszcza rysować w różnych pozycjach konie. Wszystkie papiery, ściany lub podłogi itp. zarysowywał nimi. Kiedy J. Cheł. za granicą jeszcze zupełnie nieznany, zamieszkał w Monachium, odwiedził go tam wuj czy stryj. Widząc jego ubogo urządzone mieszkanko, doszedł do wniosku, że jeżeli Cheł. ma mieć dobry pokup u tamtejszych handlarzy, mieszkanie jego musi zmienić całkowicie wygląd. Sprawił mu więc za własne pieniądze nowe, bogate umeblowanie. Nazajutrz przyszedł do Józia w odwiedziny. O zgrozo! Jeden z nowych, aksamitem pociągniętych foteli, stał przy jeszcze niepościelonym łóżku, na samym zaś środku tego fotelu na aksamicie sterczała, przyklejona nakapanym woskiem, łojówka.


Wypłata robocizny


Czwórka

Jednego popołudnia siedział J. Cheł. wraz z Witkiewiczem w jakiejś paryskiej bulwarowej kawiarni. Nagle Cheł. wstał od stołu i bez pożegnania, rzuciwszy Witkiewiczowi jedno tylko krótkie słówko: „zapłać”, pospiesznie się oddalił. Witk. trochę zdziwiony, pozostał sam w kawiarni. Później, pod wieczór, wstąpił do pracowni Cheł. Tutaj zobaczył co następuje: Na ogromnych rozmiarów płótnie, przed paru godzinami jeszcze nietkniętym, naznaczoną była z genialnym impetem cała „czwórka” obecnie zdobiąca salę Muzeum Narodowego w Krakowie. Postacie, łby, tułowie i kopyta końskie, całe kawały naznaczonych koni w szalonym pędzie, jak gdyby pędzone jakąś nadludzką siłą, wylatywały z obrazu wprost na widza. Wszystko to było rzucone na płótno z wściekłą, niczym niepohamowaną furią. Sam Chełmoński zmęczony, zziajany uwijał się jeszcze z paletą i pędzlami w rękach, wzmacniając i utwierdzając z nieomylną wirtuozją jeszcze tu i ówdzie na tym wielkim płótnie swą wewnętrzną wizję. Korzystał bowiem pospiesznie z ostatnich promieni dziennego światła.


Pałac w Radziejowicach

Przejdź dalej

Napisz do Redakcji