nr. 72
VICTORIA, BC,
CZERWIEC 2016
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

W Domu Polskim
Kalendarz imprez


ARTYKUŁY

Od Redakcji

W. Widział -
Puszcza Białowieska

w opałach

M.Kalcińska-
O podziałach

społecznych

E.Kamiński
Zesłańcy

cz. 3

Rucek
nekrolog

L. Mongard-
Dziurawiec


L.Richmont-
Tryptyk

w Domu Polskim

M.Lachowski-
Zayazd

w Domu Polskim

W Galerii Stron
de Łempicka

portrety kobiece

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 27

Rozmaitości

Indeks autorów

Edward Kaminski

Zesłańcy
cz.3


Szczęście w nieszczęściu
Stare więzienie w Łucku pamiętające jeszcze czasy carskich zaborów szybko zapełniało się “spiskowcami”. W celi dla czterech więźniów, do której wtłoczono Stanisława było już ponad 20 aresztantów i wciąż dopychano następnych. Wkrótce nie było nawet gdzie kucnąć na betonowej podłodze, po której rozlewał się przepełniony kibel z odchodami. Jedno małe, zakratowane okienko pod sufitem nie dopuszczało powietrza ani światła. Zaduch i smród spoconych ciał zwalał z nóg. Na krzyki tych, którzy nie mogli już znieść bólu wezbranego pęcherza, otwierało się w okienko i strażnik odpowiadał, że jeszcze nie czas i dodawał: niczewo prywykniesz, a kak nieprywykniesz tak padochniesz (przyzwyczaisz się a jak nie to zdechniesz). Do ubikacji wyprowadzono grupami po pięciu dopiero po północy.
Również w nocy wywoływano aresztantów na przesłuchania. Większość wracała nie o własnych siłach. Wleczonych pod ramiona wrzucano z rozmachem na beton. Stanisława wywołano dopiero trzeciej nocy. Śledczy w mundurze NKWD, niemal gentelman, poczęstował nawet papierosem. Kiedy jednak zorientował się, że zeznań nie będzie zmienił się w dziką bestię, kopał bił i obrzucał obelżywymi przekleństwami. W następnych przesłuchaniach kurtuazji już nie było. Po bezskutecznych torturach, żeby zmiękł wrzucono go do karceru w podziemiach. W ociekającej wilgocią betonowej klatce bez światła nie można było powstać ani wyprostować nóg na siedząco. Upływ czasu odmierzał raz na dobę posiłek: pajda chleba i kubek zimnej kawy. Dyżurny strażnik, Ukrainiec, który przynosił te specjały okazał się znajomym Staszka jeszcze z czasów młodzieńczych. Zakłopotany spotkaniem, snadź nie wyzbył się jeszcze ludzkich uczuć, rozglądając się na boki czy nikt nie usłyszy szeptał:
- Przyznasz się czy nie i tak swoje dostaniesz. Prędzej czy później cię złamią i będziesz strzępem człowieka.. Ja już takiego twardego tu widziałem. Uparł się i dostał kulę w łeb w tych podziemiach. Napisali w protokole, że przy próbie ucieczki. Każdej nocy kogoś tam rozwalają.
Jeżeli można mówić o szczęściu w nieszczęściu, to zdarzyło się to w drugiej połowie października. Pół żywy Stanisław w karcerze jeszcze o tym nie wiedział. W więzieniu czyniono przygotowania do nowej akcji. Z zatłoczonych cel wywoływano w pośpiechu aresztantów nie tylko w nocy, ale i w dzień. Tym razem nie do przesłuchania, a do odczytania im wyroków skazujących - minimum 10 lat ciężkich robót. Natychmiast wiedziano, że będą wywozić do łagrów. Więzienie gotowało się do następnych, masowych aresztowań. Podstawą prawną represji były “genialne” paragrafy artykułu 58 kodeksu karnego Rosyjskiej FSRR z roku 1934. Na ich podstawie można było uwięzić każdego.
Kolegium specjalne (Osoboje sowieszczanije OSO przy NKWD) wywleczonego z karceru Stanisława oceniło na 15 lat, a mogło być gorzej. Trójka świnopasów OSO, jak więźniowie ochrzcili kolegium, miało prawo skazania, nawet zaocznie, za specjalnie niebezpieczne przestępstwa kontrrewolucyjne aż do kary śmierci włącznie. Kolegium działało “taśmowo”. Po pierwszej fali aresztowań przestępców “politycznych, czyli wrogów ustroju”, już wkrótce miało oskarżać tak zwane “elementy antyspołeczne i pasożytnicze”. Karze podlegała też bliższa i dalsza rodzina skazanych z dziećmi i staruszkami włącznie. Szykowano się do przesiedlenia całych rodzin w głąb Rosji na skalę dotąd niespotykaną. Wielka wywózka na terenach “wyzwolonych” zaczęła się 10 lutego 1940 roku wagonami bydlęcymi. Mróz w niektórych rejonach przekraczał -40 stopni C. W tym czasie Stanisław był już daleko w syberyjskiej głuszy.
Na bocznicy kolejowej w Łucku więźniów ładowano do wagonów. Wyposażeniem były: trochę słomy do spanie pokotem, dziura w podłodze na odchody, maleńkie zakratowane okienko pod sufitem. Szpary w deskach bocznych ścian zastępowały wentylację. W ostatnich dniach października 1939 roku transport kilkunastu wagonów bydlęcych wyruszył i ... utknął na pierwszym przystanku w Kiwercach, na trasie wschodniej do Równego. Był czas na rozmyślania. Miałem szczęście - wspominał Stanisław - w pośpiechu z wywózką nie zdążyli mi powyrywać paznokci i połamać żeber, a wyrok mógł być znacznie gorszy. Do dopełnienia “szczęścia w nieszczęściu” nie wiedział wtedy, że skazanie na syberyjską katorgę uratowało mu życie. Osiem miesięcy później niedawni nazistowscy sprzymierzeńcy ruszyli znienacka na Moskwę 22 czerwca 1941 r. Sowieci w panicznej ucieczce nie mieli czasu na ewakuację więźniów w Łucku. Na dziedzińcu więziennym zostawili około 3000 tysięcy trupów. Wszystkich wysiekli z karabinów maszynowych.
Pociągi towarowe i pasażerskie miały pierwszeństwo przejazdów. Tak już było do końca przymusowej podróży - nieustanne postoje. W Równem postój na dołączenie drugie tyleż wagonów z więźniami przedłużył się do tygodnia. W ściśle strzeżonym transporcie na bocznicach towarowych panował zaostrzony rygor. Strażnicy nie chcieli nawet uchylić nieco drzwi dla dopływu powietrza. Posiłki przynoszono dopiero wieczorem żeby nikt z zewnątrz nie zauważył, co tam przewożą. Nie dbano już o to na terenie Rosji. Tam już oswojono się z takimi widokami. Na “wyzwolonych” terenach nie dało się ukryć smrodu. Wystarczyło kilka dni postoju, żeby pod wagonami w miejscu dziur w podłodze gromadziły się piramidy kału. Jeden ze współtowarzyszy Staszka w wagonie powiedział, że jak przeżyje, napisze przewodnik pod tytułem “Zasranym szlakiem po Kraju Rad”.
Przed granicą z Rosją przeładunek do większych wagonów na torach szerszych zaledwie 8 centymetrów. Wystarczająco by nieustannie czyhający, imperialistyczny wróg nie mógł wtargnąć. Ktoś skomentował: u nich wszystko jest większe, nawet krasnoludki. W większych wagonach prawdziwy komfort po rusku - żelazny piecyk z rurą i jak poprzednio dziura w podłodze, 12 piętrowych prycz - po 3 uwięzionych na legowisko, podczas gdy dla dwojga było już ciasno. Żeby przedostać się do ubikacji nie trzeba było już przeciskać się między śpiącymi na podłodze. Nie na długo, bo na dalszych stacjach przybywało zakluczonych. Prycze nie mogły wszystkich pomieścić, ciasno było nawet na podłodze.

U wrót piekieł
Po drugiej stronie granicy pociąg minął stację Szepietówka, to już był Związek Radziecki. Otwarły się wrota piekieł upstrzone wielkimi hasłami: Da zdrastwujet Wieliki Stalin!, Da zdraswujet sowietskaja strana! Niektórzy żegnali się nabożnie jak w obronie przed samym Lucyferem.
Zaczynały się pierwsze silne przymrozki. Para z oddechów osadzała się grubą warstwą szronu na ścianach. Ze zwisających sopli lodu na suficie kapała woda. Ubrania, słoma na pryczach i podłodze, wszystko było zawilgocone. Na którymś z postojów roznoszono racje chleba, część pokrywała pleśń. Przez uchylone drzwi uwięzieni wyrzucili zapleśniałe pajdy na zewnątrz. Strażnicy natychmiast je pozbierali wykrzykując przy tym: - duraki z Polszy. U nas chleb się nie marnuje.
Z każdym dniem było zimniej. Żelazny piecyk był, tylko nie było czym palić. Mrozy chwyciły na dobre. W nocy śpiącym włosy przymarzały do ścian. W zatęchłej, nie pranej od tygodni odzieży zalęgły się wszy. Wszyscy czochrali się do krwi, w zimnym wagonie ściągali koszule i bili co raz bardziej pleniące się robactwo.
Nie dość, że wody do picia wciąż brakowało, nieraz przez trzy dni strażnikom nie chciało się roznieść wiader do wagonów. Ponaglani wołaniem przynosili wiadro zamarznięte do spodu. W zimnym wagonie woda nie mogła odtajać. Oblodzony otwór ubikacyjny w podłodze zwężał się coraz bardziej, aż całkowicie zamarzł. Na obsikiwanej podłodze zamarznięty mocz tworzył ślizgawkę i fetor nie do opisania. Odbić lodu nie było czym. Dopiero wówczas strażnicy klnąc i komentując - wot polska kultura - przynieśli wreszcie wór wyładowany węglem do żelaźniaka. Dla niektórych więźniów było już za późno, z ciężkim zapaleniem płuc dogorywali na pryczach. Jedyną reakcją dozorców transportu było pierwsze pytanie na postoju po otworzeniu drzwi - Skolko padochło? (ilu zdechło). Zmarłych rzucano na odkrytą platformę pokrytą plandeką. Na wielkich przestrzeniach pociąg stawał w śnieżnym pustkowiu i po kilka trupów spychano z nasypu. Reszta pochówku należała do wilków. Już za cara batiuszki mówiono, że szlaki na Sybir znaczone są kośćmi polskich zesłańców.
Osowiali skazańcy przestali ze sobą rozmawiać, zobojętnieli na agonię umierających. Śmierć stała się codziennością. Ożywiali się na krótko kiedy donoszono chleb, kawę, jakąś zupę z zepsutej kapusty i czasem łyżkę kaszy. Za mało żeby przeżyć, za dużo żeby szybko umrzeć z głodu. Przestali dopytywać gdzie są i dokąd ich wiozą, odpowiedź zawsze była ta sama - kak dożywiosz, uwidzisz ( jak dożyjesz to zobaczysz). W czasie postojów na bocznicach, zwykle daleko od stacji nie sposób było zorientować się; nie mógł nawet nauczyciel geografii z Łucka, za posiadanie map skazany za szpiegostwo.
W Kijowie dłuższa przerwa na “woszobojkę” - odwszalnię ubrań pod gorącą parą w łaźni. Wszy ginęły od gorąca w czasie gdy zesłańcy dygotali pod lodowatym prysznicem. Przepisy sanitarne nie przewidziały w wagonach wymianę słomy, rojącej się od robactwa. Po tygodniu wszyscy iskali się jak dawniej. W Kijowie uzupełniono też ludzkie ubytki w transporcie. Do wagonów dodano nowych zakluczonych: czterech wieśniaków z Zachodniej Ukrainy i dwóch z Kijowa. Wobec nowych starano się trzymać język za zębami w obawie, że któryś może być wtyczką NKWD. Szczególnie jeden z chłopów, był podejrzanie rozmowny, ale wkrótce do niego się przekonano. Iwan Nikołajew opowiadał:
- To było w 1932 roku, w tą stronę jechałem do łagru na wyspach Sołowiejskich. Teraz wzięli mnie na drugą odsiadkę. Miałem dwie krowy i kozę. Jak zaczęli nas kolektywizować, zabrali jedną krowę i ziemię. Inni, żeby nie oddać woleli bydło zarżnąć. W kołchozie zaczęło brakować mleka dla małych dzieci. Udój szedł do miasta, bo tam też nie mieli co jeść. Ci co wybili swoje krowy podnieśli krzyk, że to niesprawiedliwe. Ja mam jedną a oni nic. Przewodniczący kołchozu, pijak i awanturnik, nie miał szkół, podpisywał się krzyżykiem. U mnie wywoził gnój na pole, ale zrobił się aktywistą to go wybrano. Krowę mi zabrał, koza - powiedział - wam wystarczy, więc się uniosłem i wyzwałem gównowozem. Oskarżył mnie o obrazę przedstawiciela władzy radzieckiej i działanie na szkodę socjalistycznej gospodarki. Zabrali mi wszystko. Dostałem i tak szczęśliwie - tylko 5 lat, ale przynajmniej za coś. Obwołali mnie kułakiem, znaczy się wrogim elementem. Tyle samo dostał inny za nic, za żart. Spotkał sąsiada, ten w rozmowie zapytał gdzie się tak śpieszy? Idę - powiedział - przepić Lenina, czyli czerwieńca, papierowego rubla sowieckiego z wydrukowanym na nim Leninem. Sąsiad doniósł do NKWD, a oni znają się na żartach jak świnia na pieprzu.
Po Kijowie pociąg skierowano na północ w kierunku Gomel - Ryazań - Gorki. Tyle udało się wydobyć od strażnika, podrażnionego zarzutem, że sam nic nie wie. Ożywiło to milczących dotąd ukraińskich wieśniaków z więzienia kijowskiego. Oni też obwołani kułakami, mieli po dwie krowy, a nawet dodatkowo kozę lub prosię - karygodnie rozpasane bogactwo, niegodne radzieckiego obywatela.
- Ludzie! Módlcie się! - wykrzykiwał jeden z nich. - Proście Boga, żeby w Gorki transport nie pojechał na Kirow, bo zawiozą nas do Sołówek na Morzu Białym. To pewny wyrok śmierci. Niektórzy z naszej okolicy wrócili stamtąd po dwóch latach i szybko powymierali. Podpisali, że pod karą śmierci nie powiedzą nawet w rodzinie jak tam było, ale i tak się rozniosło.
Sołówki zyskały sobie sławę kaźni, z której nie ma powrotu. Z przejściowego obozu pracy w Kem w zatoce Morza Białego wysyłano więźniów do łagrów na wyspach Sołowieckich pod kręgiem arktycznym. Wyspy znane były z XV wiecznych zabudowań klasztornych, w których mnisi, wierni słudzy cara trzymali zbuntowanych bojarów, przywódców sekt religijnych i różnych przeciwników samowładztwa. Daleko od lądu stałego, niemożliwe do ucieczki, posłużyły i Bolszewikom. Mnichów wykończono głodem i pracą ponad siły, a budynki kościelne i klasztorne przerobiono na cele więzienne. Obóz niewolniczej pracy nie trzeba było nawet otaczać zasiekami z drutu kolczastego.
- Skazańcy żywcem zjadani przez wszy i pluskwy, ginęli masowo z głodu z wyczerpania, z powodu szerzącego się tyfusu i niespodziewanych egzekucji. Jeszcze gorzej było w kilku podobozach przy wyrębie lasów. Gdy temperatura spadała do -30 C i poniżej, spali w jamach wykopanych w ziemi. Pracując o głodzie bez ciepłej odzieży do całkowitego wyczerpania, tylko najsilniejsi mogli przeżyć kilkanaście miesięcy. Desperacko odcinali sobie dłonie i stopy tylko po to by zyskać kilka dni odpoczynku.
Sołówki - Siewiernyje Łagieria Osobogo Naznaczenia, w skrócie SŁOŃ w latach dwudziestych miały być przykładem dla istniejącej już sieci obozów jak czerpać zyski z pracy niewolniczej. Były też przykładem nieopanowanego sadyzmu strażników, którzy zadawali śmierć uwięzionym wymyślnymi torturami. Na przykład nadzorcy obozu w zimie często pozostawiali nagich więźniów w starych, nieogrzewanych dzwonnicach cerkwi ze związanymi rękoma i nogami. Inną “formą zabawy” było sadzanie więźniów na kilkanaście godzin na “ławie”, to jest na żerdzi, tak wysoko by nie mogli dotykać ziemi stopami z przywiązanymi doń ciężarami. Jeden z nielicznych uciekinierów z obozu, oficer carskiej Białej Gwardii, któremu udało się pokonać pokryte lodem wody zatoki Morza Białego i co najmniej 150 km lądu stałego do granicy z Finlandią był świadkiem wyrafinowanej tortury. W czasie północnego lata nagiego więźnia przywiązanego do słupa wystawiono na pożarcie roi komarów. Po pół godziny całe ciało spuchło od ukąszeń, nieszczęśnik zemdlał z bólu i upływu krwi. Do sadystycznego repertuaru należało też zmuszanie więźniów do jedzenia zgniłego mięsa, skok do rzeki, po czym bieg do dwóch kilometrów przy trzaskającym mrozie. Dzięki ryzykującym życie zbiegom świat dowiadywał się o bolszewickich zbrodniach. Informacje te docierały też i do Polski.
Modlitwy najwidoczniej pomogły, bo transport po postoju w Gorki minął rozgałęzienia i podążał na wschód. Teren stawał się coraz bardziej górzysty. Raz na sto - dwieście kilometrów mijał, albo zatrzymywał się na małych stacyjkach. Wokół nie było żywej duszy, w zawianej śnieżnej pustce żadnych osiedli. Zbliżali się do gór Uralu - granicy między Europą a Azją. Po drugiej stronie wzniesień otwierały się bezkresne przestrzenie Syberii - 10 milionów kilometrów kwadratowych tajgi, tundry i stepu, 26 razy większe od Polski - 7000 kilometrów od Uralu do Władywostoku. Niemcy przygotowując się do podbicia ZSRR planowali wysiedlić tam 50 milionów Słowian.
Syberia od dawna była synonimem katorgi budzącej zgrozę. Śmiertelność wśród skazanych była bardzo duża. Po okrutnej chłoście, piętnowaniu, odcięciu języka i nosa, skuci kajdanami, wysłani w drogę umierali z wycieńczenia.
Pierwsze wzmianki o systemie zesłań w Rosji pochodzą z roku 1649 to jest od czasu wprowadzenia kodeksu praw cara Aleksego Romanowa. Odtąd zesłanie było uznawane za bardziej humanitarną formę kary za przestępstwa kryminalne. Zamiast kary śmierci, lub piętnowania i okaleczenia dostateczną karą było zesłanie do przepastnej Syberii, gdzie zimą mrozy dochodzą do minus 70 C. Tylko nielicznym udało się stamtąd wydostać.
Polacy pojawili się na Syberii najczęściej jako jeńcy wzięci do niewoli w czasie bitew z Rosją. w 1768 roku Katarzyna II Wielka wydała ukaz, który skazywał na wygnanie konfederatów Barskich i żołnierzy powstańczej armii Kościuszki. Po każdym patriotycznym zrywie powstańczym przeciwko carskiemu samowładztwu tysiące skazańców pędzono do najdalszych zakątków, aż pod krąg polarny, równy obszarem Francji, Anglii Hiszpanii i Niemiec. Trasę z Europy do np. Tobolska w Syberii wschodniej podzielono na kilkadziesiąt etapów. Dzienne normy marszu wynosiły 21 do 42 kilometrów, przykutych po kilkunastu za ręce do żelaznego drąga i kajdanach na nogach. Po dwu dniach jeden dzień przerwy. Konwojenci - podobno też ludzie - musieli odpocząć. Skazańcom o wysokiej pozycji społecznej, nie oskarżonych o zdradę Stanu pozwalano podróżować pod konwojem bez kajdan, własnym powozem i z licznym bagażem. Jeńcy wojenni szlacheckiego pochodzenia mogli też po przejściu na prawosławie otrzymać szlachectwo rosyjskie. Często werbowano ich do służby carskiej związanej z przywilejami, a dzieci ich miały status ludzi wolnych. Dzieci katorżników dożywotnich pozbawiono takich przywilejów.
Ilość zesłanych z Polski pod zaborami osiągnęła szczyt w latach 1863-64 po powstaniu styczniowym, kiedy przesiedlono do Tomska i Irkucka ponad 50 tysięcy patriotów polskich. Większość skazywano na katorgę czyli pracę niewolniczą i na dożywocie lub wieloletnie osiedlenie.
Po odbyciu kary pozostali przy życiu więźniowie dostawali małe działki ziemi w pobliżu kolonii karnych. Nie wszyscy zgadzali się z przymusowym osadnictwem. Raporty policyjne wykazywały w różnych latach tysiące zbiegów. Część nich wyłapano, część zmarła z głodu, chłodu i wyczerpania pokonując bezdroża tajgi, lasów, bagien i rzek. Wielu rozszarpały wilki i niedźwiedzie.
A teraz gdzie nas zawloką? - dociekali uwięzieni. Groźbę zesłania na Sołówki mieli już za sobą, a Syberia ukazywała się wielką niewiadomą. Jakucja, dziewięć razy większa od Polski, gdzie zima trwa większą część roku była “idealnym” terytorium do którego carat wysyłał swych przeciwników. Jakuck, stolica regionu znany był w Polsce jako miejsce zesłania Dekabrystów, którzy występowali przeciw samowładztwu i pańszczyźnianym stosunkom w Rosji
Brutalność strażników sowieckiego prawa, uwięzieni doświadczyli już z chwilą aresztowania, ale nikt nie przypuszczał w wagonie co dopiero go czeka. Któż wówczas wiedział że system niewolniczej pracy został rozbudowany na skalę dotąd niespotykaną w historii. Kraj Rad pokrył się z krańca do krańca “pajęczą” siecią obozów pracy, obozów karnych, obozów dla więźniów politycznych, kryminalnych, obozów dla kobiet, dla dzieci, obozów przejściowych, obozów dla podejrzanych, którzy mogli by popełnić przestępstwo i skazanych za nic. Gułag (od Gławnoje Uprawlenie Łagieriej - Główny Zarząd Obozów) był kwintesencją sowieckiego systemu “bolszoj zony” - terenów ludzi na wolności i “malej zony” - przestrzeni dla uwięzionych, ogrodzonej drutem kolczastym. Dopiero kilkadziesiąt lat po II wojnie światowej i po rozpadzie ZSRR ujawniono część dokumentów z tym związanych. Wiele jeszcze pozostaje w byłych archiwach NKWD i nie widomo czy będą kiedykolwiek w udostępnione historykom do opracowania.

Państwowy jeż
W miarę im dalej transport posuwał się w głąb kraju obiecanej szczęśliwości komunistycznej, w wagonie robiło się luźniej. Coraz częściej po nocy odkrywano, że towarzysz niedoli śpiący obok na stłoczonej pryczy to już tylko sztywne zwłoki, wolne od głodu, zimna i niepewności jutra. Zatajenie jego zgonu przed strażnikami sprawdzającymi skolko padochłych było okazją do zagarnięcia należnej mu porcji chleba. Wprawdzie za tak poważne nadużycie państwowej własności groziło podwyższenie wyroku o kilka lat, kto brał to pod uwagę nie mając pewności czy dożyje do następnego postoju. Chleb zamarznięty na kamień strażnicy donosili jak im było wygodniej, czasem co drugi dzień, czasem po trzech dobach, gdy skazańcy słaniali się już na nogach. Zimna zupa a raczej wywar ze zatęchłej brukwi albo kapusty, okraszony zgniłym kiszonym ogórkiem lub łyżką kaszy, wymagał nieludzkiego zaparcia by go przełknąć. Pragnienie było jednak silniejsze niż wstręt. Porcje suchej, solonej ryby wzmagały tak bardzo pragnienie, że skrobano ze ścian szron dla jednego łyku wody. Na wołanie o wodę strażnicy powtarzali z sadystycznym zadowoleniem swoje sakramentalne: - niczewo prywykniesz, albo idy kczortu. Ujawniał się w tym cały bezsens sowieckiego systemu w którym brutalność, bród, niechlujstwo, bylejakość, brak najprostszych ludzkich odruchów towarzyszyły codziennej egzystencji. Duże zapotrzebowanie na niewolniczą pracę powstało ze względów ekonomicznych a nie na produkcję trupów. W warunkach w jakich dostarczano niewolników do obozów część umierała po drodze, a pozostali przy życiu nie nadawali się do jakiegokolwiek wysiłku.
- Obojętność na ludzkie cierpienie - wspominał Stanisław - zaczęła się udzielać i uwięzionym. Zamknięci zatracali poczucie solidarności we wspólnej niedoli. Jeden na drugiego parzył wilkiem, każdy każdemu gotów był skoczyć do gardła o jeden kęs zamarzniętego chleba, o kilka kropli wody. Sam złapałem się na tym, że spoglądałem na ukraińskich wieśniaków w naszym wagonie jak na “rezunów” (podrzynający gardła). Byli to przecież biedni ludzie, którzy wycierpieli o wiele więcej ode mnie. To oni ze wszystkich w wagonie najmniej narzekali, z wielką pokorą znosili męki.
- Bo my już baczyły bilsze pomarłych z hłodomora na Wikrainie
w 32 roku, to nam ne nowina - opowiadał jeden z nich - ludy padały jak muchy. (Widzieliśmy już więcej zmarłych z głodu na Ukrainie w 32 roku, dla nas to nic nowego, ludzie padali jak muchy).
Pogłoski o wielkim głodzie na Ukrainie zapoczątkowane przymusową kolektywizacją wsi z trudem dochodziły do Polski przez szczelnie strzeżoną granicę. Tyko cząstkę prawdy doszukiwano się w nich. Któż mógł uwierzyć, że rząd sowiecki, dla maniakalnej idei skazał miliony własnych obywateli na śmierć głodową?
- Na początku władze zmuszały wsie do wykonania nierealnych plonów zbóż. Nikt nie mógł tego wykonać więc wpisywano wioskę na czarną listę. Wojsko otaczało teren. Ze sklepów zabierano, co tam było, zapałki, naftę sól, a z gospodarstw specjalne “brygady szturmowe” zabierały wszystko - mówił jeden przez drugiego - chcesz żreć? Zapisz swoje gospodarstwo do wspólnego kołchozu. Nie zostawiali nawet odrobiny ziarna na zasiew. Wszystkie plony z pól wywozili do państwowych magazynów, a z nich na sprzedaż do krajów zachodnich. Myszkowali wszędzie, na strychach, pod podłogą czy ktoś czegoś nie ukrył. A jak coś znaleźli, woreczek zboża na chleb, garniec kaszy - znaczy oszukałeś rząd radziecki - jeżeli nie rozstrzelali na miejscu, to wysyłali do gułagu.
- Ludzie wyłapali wszystko co żywe, myszy, szczury, karaluchy, koty, psy, ptaki. Gdy i tych zabrakło, chodzili po polach na wpół obłąkani, grzebali pod śniegiem żeby cokolwiek do ust włożyć - jakieś korzonki, chwasty, zamrożone jagody. Kobiety gotowały zielska, łopuchy, korę z drzew i trawę byle tylko oszukać na chwilę żołądek, nawet tynkiem ze ścian i węglem ze spalonego drewna.
- Zjadano też ciała zmarłych. Na przedwiośniu, kiedy dzieci już z głodu puchły i umierały masowo zdarzało się , że zamiast pochować w ziemi wkładano ciało do garnka. Zdarzało się też, że wykradano sobie dzieci na pożarcie.
- Opowiadali u nas ludzie, że w innej wsi baba złapała jeża na polu i ugotowała na obiad. Sąsiad doniósł, oskarżyli babę o okradanie sowieckiego państwa, a jeża zabrali bo to jeż państwowy.
- Kto był jeszcze przy siłach próbował ze wsi uciekać do miasta w nadziei, że może tam ludzie zmiłują się nad umierającym. Władza radziecka pomyślała i o tym - wojsko aresztowało każdego kto chciał się wydostać bez pozwolenia i strzelało do uciekających.
- 7 sierpnia 1932 roku na sowieckiej Ukrainie wydano “Dekret pięciu kłosów” w którym ustalono karę śmierci lub długoletniego więzienia za kradzież lub marnotrawstwo własności socjalistycznej. Obowiązywał on zarówno dorosłych jak i dzieci. W kołchozach też nie jadano do syta, a za kradzież pięciu kłosów zboża czekała pewna śmierć.
- Głód był silniejszy od strachu. Niektórzy żeby przeżyć wychodzili przed zimą na pola kołchozowe i przy księżycu zbierali kłosy pogubione w czasie zwózki po żniwach. Wielu nie przeżyło, bo komsomolcy i aktywiści czuwali z karabinami na specjalnych wieżyczkach. Za każdego złapanego na kradzieży mienia państwowego dostawali dodatkową porcję chleba.
- Ludzie ginęli stadami. Leżeli na podwórkach domów, na polach, na drogach - dzieci, kobiety, starcy. Nawet nie wolno było sprawić im pogrzebu. Trupy zbierane na wóz od chaty do chaty wrzucano do wspólnego dołu./*

____________
/*W szczytowym momencie głodu umierało około 25 tysięcy ludzi dziennie. Za kanibalizm skazano 2,5 tysięcy ludzi. Szacuje się że w latach 1932-1933 zagłodzono 7 do 10 milionów. Po wzmiankach w prasie zagranicznej o sytuacji na Ukrainie, na dowód że to “bzdury”, zaproszono przedstawicieli Zachodu. Pokazano im wzorowe gospodarstwa państwowe. Premier Francji, Edouard Herriot po wizycie na Ukrainie miał stwierdzić, że “Ukraina jest wielkim ogrodem”. Ujawnione w 2006 roku dokumenty NKWD dowodzą, że klęska głodu była celowo wywołana przez władze, które obawiały się ukraińskiego nacjonalizmu zagrażającego jedności ZSRR.

Cdn.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji