nr. 69
VICTORIA, BC,
LUTY 2016
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Komunikat
konsulatu
podwójne
obuwatelstwo

Mały memoriał
Bronka Czecha

Vancouver
6 marca

Walne Zebranie
Sprawozdawczo-
Wyborcze

Dom Polski
13 marca


ARTYKUŁY

Od Redakcji

E. Kamiński-
Zesłańcy

sowiecka okupacja

J.C.Troyanowski
Cichociemni

2 wojna światowa

M.Zawratko-Laskowska
Balony

za Króla Stasia

ECK-
E.Wedel

dawne 22 lipca

A.Olas-
Problemy
w raju

ma Polonia
Amerykańska


Pomyłka
"Polish SS"

L. Mongard-
Cytrusy


W Galerii Stron
Rafał Malczewski


Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 24

Rozmaitości

Indeks autorów

Edward Kamiński

Zesłańcy

Po napaści w 1939 roku na wschodnie tereny Polski, władze sowieckie “wyzwoliły” obywateli polskich ze wszystkiego, co ludzkie. Jedenaście tygodni później, 3 grudnia, Rada Komisarzy Ludowych zatwierdziła jeden z programów owego wyzwolenia. Przez następne dwa miesiące trwały przygotowywania - sporządzano listy rodzin osadników wojskowych, policji, urzędników państwowych, nauczycieli, uczonych, działaczy społecznych, lekarzy, prawników i wszystkich potencjalnych wrogów dyktatury szczęśliwego socjalizmu narzuconego po wojnie.
10 lutego 1940 roku NKWD przeprowadziło pierwszą z czterech masowych deportacji obywateli z tej listy do zachodnich i północnych rejonów Syberii. Ludzie przewożeni w bydlęcych wagonach kolejowych umierali z zimna, głodu i wyczerpania. Kolejne deportacje odbyły się w kwietniu i czerwcu 1940 roku, ostatnia w przededniu wojny niemiecko-sowieckiej pod koniec maja 1941 roku. Ponadto, w następnych deportacjach na Wschód w latach 1944 - 1947 wywieziono z Polski pomiędzy 85 a 100 tysięcy osób, przeważnie żołnierzy Armii Krajowej i ich rodziny.
Oficjalnie NKWD przyznało się do zesłania 330- 340 tysięcy osób. Liczba wszystkich Polaków, którzy padli ofiarą sowieckiej okupacji nie jest w pełni znana. Według “Czarnej księgi komunizmu”, zbrodnie, terror, prześladowania, autorstwa profesora nauk historycznych, Andrzeja Paczkowskiego, i autorów francuskich związanych z Centre National de la Recherche Scientifique: Jean-Luis Panne i Nicolas Werth - w ciągu niespełna dwóch lat władzy sowieckiej na wschodnich terenach Polski stosowano represje w różnej formie - od rozstrzelania poprzez więzienia, obozy i zsyłki, po niewolniczą pracę - 1 milion osób. Nie mniej niż 30 tysięcy rozstrzelano, a w łagrach zmarło 90 - 100 tysięcy uwięzionych.
Zanim ruszyła maszyna masowych deportacji, już w październiku 1939 roku wysłano transport aresztowanych z Łucka na Wołyniu. Pierwszy odcinek wspomnień z tej nieludzkiej katorgi zamieszamy poniżej. Podobną drogę, warunki przewozu przebyli następni skazańcy i podobna niewolnicza praca czekała ich w syberyjskich łagrach śmierci.


“Nie zdarzyło się i nie może nigdy się zdarzyć, aby
ktokolwiek w ZSRR był przedmiotem prześladowań
z powodu swojego pochodzenia narodowego”.

- Stalin. Dzieła. t. XIII, Moskwa 1951, s. 258


O wartości tych dzieł napisano już wiele. Można też wyrazić to krócej, krążącym niegdyś dowcipem: W Kołchozie odbywało się doroczne rozdanie nagród za osiągnięcia w pracy. Trzecią nagrodę dostała dojarka - butelkę perfum Moskwa, drugą traktorzystka - patefon. Pierwszą nagrodę wręczono aktywiście partyjnemu - 13 tomów dzieł Stalina. W tym momencie odezwał się ktoś na sali zebrań - dobrze mu tak sukinsynowi.


Plutonowy Urbański wraca do cywila


Wojna polsko-bolszewicka po “cudzie nad Wisłą” w 1920 roku zakończyła się rozbiciem Armii Czerwonej. Rok później plutonowy, dwudziestotrzyletni Stanisław Urbański, sterany kampaniami wojennymi wrócił do cywila. W powszechnym mniemaniu w tym wieku ustatkowany mężczyzna po wojsku, żeby go głupoty nie nachodziły, powinien przysposobić się do żeniaczki. Myśl przednia, ale do “przysposobienia się” dla kawalera z dziurami w kieszeni nie po drodze. Całym dorobkiem czteroletniej służby był wytarty mundur, kilka medali i kilkadziesiąt złotych odprawy na powrót do domu w Kołkach na Wołyniu. Mimo to niepomny staropolskiego przysłowia: “jak się bosy z gołą ożeni to dzieci będą złodziejami”, śpieszyło się mu do żeniaczki. W rodzinnym gnieździe Urbańskich, pod opieką ojca Franciszka i mamy Pauliny czekała już na niego piętnastoletnia Muza - przyszła żona. Była ona - można rzec - “zdobyczą wojenną” Stanisława, bo w jednej z ostatnich akcji przed zakończeniem wojny wydarł ją (dosłownie) z rąk krasnoarmiejców. Pobrali się w maju, niespełna kilka tygodni po powrocie z wojska. O tej romantycznej historii, fragment wspomnień zamieściliśmy w numerze .... naszego pisma.
Zamiarom usamodzielnienia się z pomocą przyszedł - jak mówiono wówczas - dar od Komendanta Piłsudzkiego. Byłym legionistom i żołnierzom wojska polskiego proponowano osiedlanie się na Kresach. Akcję popierano darowizną 20 akrów ziemi państwowej. Stanisław skorzystał z tego bez wahania, tym bardziej, że działkę przydzielono mu w Cumaniu na Polesiu Wołyńskim, niezbyt daleko od Kołek. Przy dobrej pogodzie można było dojechać tam konno w kilka godzin, wprawdzie drogą nie zawsze przejezdną, ale lepszych nie było.
Cumań - mała osada wśród lasów i bagien, w centrum ołyckich dóbr arystokratycznego rodu Radziwiłłów, z największym na Wołyniu tartakiem, własną elektrownią i wąskotorową kolejką do transportu drewna. Ładne okolice przyciągały latem urlopowiczów z miast. Okazało się jednak, że darowana tam ziemia nie nadawała się do natychmiastowej uprawy. W większości karczowiska i podmokłe połacie wymagały kosztownej melioracji. Pracy na kilka sezonów, a wydatków fura. Mądrości ludowe powiadały: “Pańskie oko konia tuczy”, albo “ jak zasiejesz tak zbierzesz”, a tu ani konia, ani roli do zasiania. Myśl o własnym gospodarstwie trzeba było odłożyć na lata, albo znaleźć inny pomysł na osiedlenie się.
Nowy pomysł wkrótce zaświtał. Miejscowy przemysł drzewny zatrudniał gro mieszkańców osady. W porównaniu z okoliczną biedotą wiejską byli oni bardziej zasobni. Tymczasem tamtejszy sklepik ledwie nadążał z zaopatrzeniem mieszkańców w podstawowe produkty. Niedołężny już ze starości właściciel czekał, że ktoś go wreszcie wyręczy. Zmuszało to do uciążliwych wypraw po zróżnicowane zakupy do oddalonej Ołyki, większego miasteczka z targiem i licznymi sklepami. Nie można było przegapić takiej okazji. Stanisław postanowił otworzyć sklep, w którym każdy znajdzie coś dla siebie.
Pod zastaw ziemi wziął pożyczkę w banku. Kupił w dobrym miejscu działkę, zatrudnił miejscowych cieśli i stolarzy. Wkrótce na fundamentach wyrósł budynek mieszkalny z dużą przybudówką na sklep.
Początki były trudne. Nawiązywał kontakty handlowe z dostawcami, uczył się księgowości, towaroznawstwa, zasad obsługi klienta, praw handlowych i administracyjnych. Kilka lat później prosperował już duży sklep, w którym można było znaleźć wszystko, od żywności do narzędzi rolniczych i rzemieślniczych, od napojów do podstawowych leków nie wymagających recepty od lekarza. Czego nie było, na żądanie zamawiał z katalogów dużych firm handlowych. Kiedy w wieku lat pięciu pierwszy raz odwiedziłem wujka i jego “dom towarowy”, najbardziej zapamiętałem pyszną lemoniadę z lodu i landrynki. Już wtedy Stanisław był znaną postacią nie tylko w Cumaniu, ale i w okolicznych miasteczkach. Mówiono o nim, że to jeden z tych szczęściarzy, co to - jak go wrzucisz do wody to wypłynie z rybą w zębach.
Rozwijała się też rodzina, przybyły dwie dziewczynki: Katarzyna, Irena i chłopiec Władek, moi ulubieni, starsi ode mnie kuzyni. Młodzież podrastała, a dom zaczynał być za ciasny. W samym centrum osiedla powstawała, więc nowa siedziba, najbardziej tam okazała. Miejscowi zachodzili w głowę dziwiąc się zaprojektowanym 14-tu pokojom. Jedni snuli domysły, że to dla letników na wakacje, drudzy, że aż tyle przybędzie dziecisków. Stanisław nie puszczał pary i robił swoje.
W 1939 roku, najtrudniejsze lata miał już za sobą. Spłacił długi bankowe, szczęście rodzinne kwitło, przyszłość zapowiadała się jeszcze bardziej pomyślnie. I wówczas dobra passa urwała się raptownie i bezpowrotnie. Wojna!! 1 września na Polskę ruszyła nawała wojsk niemieckich. Już 16 września okrążyli Warszawę. Stolica broniła się zaciekle, ale wobec miażdżących bombardowań, ostrzału artyleryjskiego i olbrzymich pożarów, 10 dni później skapitulowała. Jednocześnie z Prus Wschodnich pancerny korpus Guderiana parł na wschód w kierunku Brześcia Litewskiego i przekroczył linię Bugu. Na południu armia Lista szybko posuwała się w kierunku Lwowa. Samoloty niemieckiej Luft Waffen wyprzedzające postęp wojsk, bombardowały węzły kolejowe, mosty, zakłady przemysłowe, ośrodki administracyjne. Na drogach siały śmierć i popłoch w kolumnach uciekinierów. Przeciwko pięciu niemieckim armiom - 1,5 milionom żołnierzy, w większości oddziałom zmotoryzowanym, 2000 czołgom, 1900 nowoczesnym samolotom bojowym, Polacy mogli przeciwstawić 1 milion żołnierzy, zaledwie 500 samolotów i tyleż starego typu czołgów; przeciwko nowoczesnym zagonom pancernym - oddziały kawalerii. Polskie siły zbrojne schwytane w pułapkę walczyły z siłami przeważającymi pod względem strategicznym i technicznym. Męstwo, brawura i poświęcenie nie wystarczyły do nawiązania równej walki z najeźdźcą.
W Cumaniu większość mężczyzn w sile wieku powołano do wojska. Stanisława natomiast zmobilizowano do miejscowej policji dla wzmocnienia sił porządkowych. Obawiano się, bowiem, nie bez podstaw, rabunków i napadów ukraińskich nacjonalistów na ludność polską. Osiedla leżące w paśmie połączeń kolejowych też było celem ataków lotniczych. Pierwsze bomby niemieckich “sztukasów” zburzyły doszczętnie dom Stanisława, na szczęście bez ofiar. Muza z trojgiem młodzieży wcześniej, już po pierwszym alarmie przeciwlotniczym przeniosła się do rodzinnego gniazda Urbańskich w bardziej bezpiecznych Kołkach. Wkrótce dołączył do nich Stanisław.

Wyzwoliciele


Pod koniec drugiego tygodnia września 1939 roku upadek Polski został przesądzony. Formacjom woskowym rozkazano rozwiązać się, zakopać broń i na własną rękę zadbać o swój los. Działania wojenne na Zachodnim Polesiu jakby ustały. Ucichły odgłosy detonacji i bombardowań. Mówiono o zagadkowym wycofywaniu się Wehrmachtu za linię Bugu. Czyżby Niemcy uciekali, przygotowywali pozycje do obrony?
Wyjaśniło się kilka dni później. 17 września wschodnie granice Polski przekroczyli Sowieci i szybkim marszem zbliżali się do Bugu. Na pierwszych rosyjskich czołgach powiewały białe chorągwie i transparenty: Niesiemy bratnią pomoc dla ludu polskiego! Następne, ogłaszały wyzwolenie ludu pracującego spod jarzma kapitalistów i burżujów pańskiej Polski. Zaskoczeni przyjaznymi gestami żołnierze posterunków Korpusu Ochrony Pogranicza nie reagowali. Nie było rozkazów, nie było wypowiedzenia wojny przez ZSRR, z którym Polska w lipcu 1932 roku zawarła pokojowy pakt o nieagresji. Zanim zdążyli się zorientować, zostali “przyjaźnie” rozbrojeni. Zwycięska Armia Czerwona nieustępująca hitlerowskim oddziałom SS, w napadach na sąsiadów zatrzymała się na Bugu. Na przeciwnym brzegu rzeki stały przyjazne im dywizje niemieckie.
Wówczas nikt jeszcze nie wiedział o tajnym Pakcie Ribbentrop - Mołotow, ministrów spraw zagranicznych zbójeckich państw, zawartym w przeddzień wojny, 23 sierpnia 1939 roku. W myśl umowy, na Bugu i Sanie wyznaczono linię demarkacyjną podziału Polski. Dzieleniem łupów obie strony potwierdziły rozbiór w oficjalnym dokumencie 28 września. Niemcom przypadło 73.000, Sowietom 78.000 mil kwadratowych zagarniętych ziem.
Od pierwszych dni po obu stronach szalał terror okupacyjny. Niemcy otwarcie zaczęli wcielać w życie wcześniej przygotowane plany wyniszczenia ludności polskiej - podludzi w teorii rasistowskiej. Miejsce ich miały zasiedlić wyższa rasa germańska. Codziennie, w publicznych egzekucjach, pacyfikacjach wsi i dzielnic miast ginęły tysiące ludzi. Całkowitą zagładę przygotowano Żydom. Tysiące ich - starców, kobiet i dzieci - specjalne transporty kolejowe, w bydlęcych wagonach dowoziły wprost do komór gazowych w obozach koncentracyjnych. Życie przestało być artykułem pierwszej potrzeby.
Po radzieckiej stronie represyjny aparat bezpieczeństwa - NKWD działał bardziej “finezyjnie”. W pozornej obronie demokracji, interesów klasy robotniczej, przeprowadzał zmasowane aresztowania wrogów ludu. Sowieckie ludobójstwo różniło się od nazistowskiego ideologicznie i wolniejszym sposobem zabijania przez eksterminację całych grup społecznych w niewolniczej pracy. Cel i skutki były podobne.
Wrogiem był każdy: burżuje ciemiężyciele, wyzyskiwacze, szpiedzy, kontrrewolucjoniści, podżegacze, sabotażyści - lista jest długa. Każdemu można było przypiąć odpowiednią łatkę bez zbędnych dowodów. Wystarczył donos, pomówienie, nieostrożne słowo w kolejce po chleb. Nawet w domu ludzie bali się mówić. Przestrzegano: ściany mają uszy. Nie daj Boże krytykować, bo to tak samo jak całować lwa pod ogonem. Przyjemność żadna a niebezpieczeństwo ogromne. Lepiej patrzeć na wszystko przez palce niż przez kraty.
Na Kresach NKWD miało ułatwione zadanie w dostarczeniu jak największej ilości skazańców do więzień. W pierwszej fali aresztowań znaleźli się policjanci, pracownicy państwowej służby leśnej i osadnicy wojskowi. Policjanci mieli najwięcej zatargów z zapijaczonymi awanturnikami; w każdej wsi i miasteczku znalazło się kilku takich. Leśnicy nie pozwalali kraść drewno w lasach. Osadnicy wojskowi, wiadomo walczyli z Armią Czerwoną, która niosła pańskiej Polsce i Europie wolność (od wszystkiego, co ludzkie). Teraz szumowiny mogły nareszcie odegrać się za rzekome krzywdy, wystarczył jakiś bzdurny donos na “ciemiężyciela” ludu. Następni w kolejności byli pracownicy administracji, nauczyciele, harcerze, księża, inteligencja, czyli białoruczki, których niespracowane ręce nie zaznały ciężkiej pracy i wszyscy ci, którzy mieli “na pieńku” z jakimś draniem o byle, co. Każdej nocy ktoś z sąsiadów znikał i ślad po nim ginął.
W tak małym miasteczku jak Kołki wszyscy o sobie wiedzieli, kto i co wkłada do garnka na obiad. Stanisław był tam zbyt znany, by łudzić się, że nie przyjdą i po niego. Nie tyko, że był policjantem (zmobilizowany niespełna dwa tygodnie temu). W ogólnym wówczas zamieszaniu naraził się kilku rabusiom zapobiegając kradzieżom i napadom. W marksistowskiej teorii klasowej był wyzyskiwaczem - dorobił się na handlu kosztem uciśnionej biedoty. Nade wszystko zaś dostał od rządu 20 akrów ziemi. Polscy osadnicy wojskowi na Wołyniu budzili szczególną zawiść ukraińskich nacjonalistów. W ich mniemaniu ziemia ta powinna przypaść ukraińskim chłopom, a wsich Lachiw wykinut’ na Sybir abo wyryzat (wszystkich Polaków wyrzucić na Sybir albo wyrżnąć).
Wśród kilkudziesięciu rodzin polskich w Kołkach oczekiwano przedstawicieli nowej władzy każdej nocy. Był koniec września 1939 roku. W rodzinnym domu Urbańskich płonne nadzieje - może nie przyjdą - rozwiał łomot do drzwi po północy. >

Cdn.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji