nr. 66
VICTORIA, BC,
LISTOPAD 2015
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Wizyta
Mikołaja
Dom Polski
6 grudnia

Zabawa
Sylwestrowa

Dom Polski
31 grudnia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

J. Klechta
Spalona kukła

w Wrocławiu

ECK-
Przyjazny kraj

dla uchodźców

W. Widział
Noc Listopadowa

rocznica powstania

Ignacy Humnicki-
Powstanie Listopadowe

oczami świadka

Zenon Fisz-
Choroba i śmierć
Mickiewicza

wspomnienie

E. Korzeniowska-
Czarny kruk
nowa ksiąźka
o Ewie Demarczyk

L.Mongard-
Gorczyca

botanika stosowana

M. Arciszewska-
Ubiór narodowy

moda

Inscenizacja
11 listopada
fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 21


Rozmaitości

Indeks autorów

z Mniszkówny przepisala ECK

Trendowata
(wersja odkurzona) cz. 21


Do najwspanialszych zjawisk zaliczam burzę na morzu.
- Pan lubi niebezpieczeństwa?
- Podniecają mnie. Najnieznośniejsze na statku są panie: aby trochę wichru, zaraz spazmy, płacze, histerie! Ciekawy jestem, jak by się pani zachowała w takim wypadku?
- Nie spazmowałabym na pewno, ale bałam się bym się okropnie.
Waldemar patrzył na nią z uśmiechem.
- Nich mi, kto wytłumaczy, dlaczego kobiety są od nas lękliwsze, kiedy w innych razach przewyższają nas odwagą…
- W czymże na przykład?
- W czym? Choćby w walce z nami. Wy jesteście pogromczyniami rodu męskiego i przedstawiacie niebezpieczeństwo poważne, choć ukryte… Takie pazurki w aksamitnej rękawiczce.
- Czyżby i pan bał się tych pazurków?
- Pani wątpi?
- Trochę.
- Ma pani słuszność – zaśmiał się Waldemar. Wyciągnął wiosła z gryf i położył je na swoich kolanach.
Płynęli cicho po spokojnej wodzie; fale goniły za sobą błyszczące jak mika; łódka sunęła jak liść nenufaru, bez szelestu.
Edmund rozmawiał z Lucią o tańcach, głośno i z niesłychaną zuchwałością.
Waldemar rzekł znowu pochylony do Stefci:
- Więc pani przeczuwa, że nie jestem lękliwy nawet w tym wypadku? Nie przeczę, choć batalia z kobietą bywa nieraz większą nieostrożnością, niż targanie lwa za ucho, bo nigdy nie jest się pewnym, jaka wyniknie niespodzianka. Zaratustra Nietzschego powiedział: „Dwóch rzeczy pragnie prawdziwy mężczyzna niebezpieczeństwa i igraszki, przeto pożąda kobiety jak najniebezpieczniejszej igraszki.”
- Ładna teoria. Czyli, że kobietę uważacie za zabawkę mniej więcej ładną i kojącą, albo za oswojone zwierzątko, które może ugryźć.
- No, czasem trzeba je dopiero oswajać. W tym właśnie leży niebezpieczeństwo przedsięwzięcia. Ułaskawione łatwiej skłonić do podania łapy.
- Pan jest bezczelny cynik!
- Oj! Oj! Cóż za potwarz. Przepraszam panią jeślim ją obraził, ale ja dopełniłem porównania zrobionego przez panią. Możemy ten sam temat omówić efektowniej. Więc: kobieta jest istotą o którą mężczyzna walczy, a im ona ma większe pazurki, tym walczy wytrwalej. Nie każda walka prowadzi do wynikow pożądanych, lecz prawie każda zwycięża, gdy mężczyznę weźmie na kieł, naturalnie, o ile potrafi. To już jest odrębna zdolność. Ten sam Nietzsche powiedział: „Idziesz do kobiet – nie zapomnij bicza.” To ma znaczenie głębokie, dowodzi, że tylko taki alegoryczny bicz energii i silnej woli może z kobiety zrobić baranka. Wszelkie padanie plackiem, to most rzucony pod jej stopy, po którym ona przejdzie zawsze i bezwzględnie.
- O jakim rodzaju kobiet pan mówi?
- Wobec pani nie mógłbym mówić o innym, tylko o najwyższym.
- Bo mówi pan zagadkowo.
- Nie pani. Wygłaszam tylko moje credo w tej sprawie.
Ja mogę sięgnąć po kobietę będącą na najwyższym szczycie moralnym, podać jej rękę i sprowadzić do własnych postulatów, ale będę jej patrzeć prosto w oczy albo trochę z góry, lecz nie wzniosę oczu i nie padnę na kolana. Tego mnie jeszcze życie nie nauczyło. Czy pani wolałaby, by jej wybrany szedł do celu z takim właśnie batem Nietzschego, czy żebym żebrał u niej zmiłowania na kolanach z wywróconymi białkami?
- Wolałabym pierwsze, ale z warunkiem żeby swej siły nie używał jak obucha, żeby rachował się ze mną jak z człowiekiem równym Moja ambicja wymaga prostego wzroku, bez spuszczania powiek.
- Za mało ma pani doświadczenia życiowego, żeby tak stanowczo twierdzić.
- A jednak jestem przekonana, że życie nie zmieni mojego twierdzenia.
- Ej! Niech pani nie ręczy!
- Czy pan mi zaprzecza wyższości moralnej?
Waldemar był rozdrażniony.
- Nie zaprzeczam, ale wątpię, czy ta moralność wytrwa na piedestale, ustawionym przez ambicje pani.

- Co ją może zachwiać? – Spytała zuchwale.
Popatrzył jej w oczy długo i rzekł dobitnie.
- Pani temperament, wrażliwość, młodość i jakaś potężna siła męska. To są atutu zdolne nie tylko zachwiać, lecz zwalić panią z piedestału, gdyż zagłuszają punkt, uważany przez panią za stanowczy.
W źrenicach mówiącego dojrzała Stefcia dziką siłę i śmiały cynizm; zaimponował jej. Zanurzyła palce w wodzie.
- Mówi pan to oczywiście na podstawie własnych triumfów, o jakich nawet nie słyszałam. W pańskich słowach brzmi pewność siebie. Czy jednak zdanie pańskie może się tyczyć ogółu?
- Ogółu kobiet na pewno, bo z wieloma bardzo różnymi miałem do czynienia, a mężczyzn podobnych do mnie jest więcej. Tylko są kobiety opancerzone w dziwną zbroję, jakiej trudno dojrzeć, są owiane nimbem i ten hamuje napstników, czarując zarazem. Zwyciężyć je można, ale wobec nich brutalność ginie i ten szczegół stanowi ich siłę.
- A więc znalazł pan wyjątek! – Wykrzyknęła Stefcia.
- Bardzo rzadki. Są to kwiaty ginące wśród powodzi innych. Zresztą powtarzam: i takie kwiaty mężczyzna zwalczy, ale inaczej.
Stefcia nie odpowiedziała. Patrzyła na wodę i na białe kielichy nenufarów wychylone z talerzastych grubych liści.
Sięgnęła po jeden kwiat, lecz pływał za daleko. Waldemar w milczeniu zagarnął go wiosłem i przysunął do jej ręki.
Zerwała dziękując z uśmiechem. On patrzył na nią, na jej rumieńce, na sinawe cienie, jakie rzucały na twarz jej ogromne rzęsy, i myślał:
- Czyś ty ten kwiat owiany nimbem w powodzi innych? Moja brutalność ginie wobec uroku twych aksamitnych oczu… A jednak będę walczyć z twoim opancerzeniem i złamię je.
Zobaczył kępkę nenufarów i skierował tam łódkę. On wiosłem przysuwał kwiaty, a Stefcia rwała, rzucając je Luci. Ale dziewczynę pochłaniała rozmowa z Prątnickim. Opowiadał jej o świeżo czytanej powieści. Stefcia dosłyszawszy kilka zdań popatrzyła znacząco na Waldemara.
- Wracajmy – rzekła cicho
- Dlaczego? Teraz po zachodzie słońca jest najprzyjemniej.
- Ale już prawie ciemno.
- Jeszcze trochę…
Nagle wypowiedziane przez Edmunda głośniej słowa zastanowiły go. Spojrzał na Lucię, potem na Stefcię. Ona szepnęła:
- Wracajmy.
Skinął głową i zaczął zawracać łódkę, ale Prątnicki trzymał ster.

CDN.

Przejdź dalej

Napisz do Redakcji