nr. 66
VICTORIA, BC,
LISTOPAD 2015
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Wizyta
Mikołaja
Dom Polski
6 grudnia

Zabawa
Sylwestrowa

Dom Polski
31 grudnia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

J. Klechta
Spalona kukła

w Wrocławiu

ECK-
Przyjazny kraj

dla uchodźców

W. Widział
Noc Listopadowa

rocznica powstania

Ignacy Humnicki-
Powstanie Listopadowe

oczami świadka

Zenon Fisz-
Choroba i śmierć
Mickiewicza

wspomnienie

E. Korzeniowska-
Czarny kruk
nowa ksiąźka
o Ewie Demarczyk

L.Mongard-
Gorczyca

botanika stosowana

M. Arciszewska-
Ubiór narodowy

moda

Inscenizacja
11 listopada
fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 21


Rozmaitości

Indeks autorów

Ignacy Humnicki

Rewolucja Nocy Listopadowej
(wspomnienia naocznego świadka)


Już znacznie osób przybyło, już w salonie rozpoczynały się tańce, już zasiadaliśmy do wista, kiedy nagle wpada młody człowiek, Paweł Popiel, i wywołuje głośno dwóch młodszych braci, którzy w salonie tańczyli. Gospodarz wstał od stolika pytając, o co chodzi, gdy ten jednym słowem powiedział: „Rewolucja”! Nadmienić tu wypada, że na kwadrans przed tem zdarzeniem przyjechała generałowa Trębecka; pomieszana weszła do salonu, usiadła przy mojej żonie i powiedziała: “Czy pani nie wiesz, że tej nocy mają być wielkie wypadki? Wstępowałam do pani Stasiowej Potockiej i dziwną rzecz mi powiedziała… Nie wiem czy pani jesteś dyskretna?

Wtem kazała sobie podać szklankę wody. Ręka jej tak drżała, że mało jej nie upuściła: przeczuwała być może nieboga śmierć męża, która w ten wieczór nastąpiła. Jeszcześmy nie ochłonęli z pierwszego wrażenia, kiedy wystrzały słyszeć się dały. Działo się to przy ulicy Królewskiej, przez którą armaty z zapalonymi lontami prowadzili, a co z okien spostrzegłszy, damy wielce się przeraziły. Wnet całe już męskie towarzystwo było na ulicy. Generał Bontemps, który ze mną partyjkę rozpoczął, nie mogąc znaleźć odpowiedniego kapelusza, w okrągłym wyszedł na ulicę. I ja z drugimi pobiegłem na Krakowskie Przedmieście i pierwsze ofiary dnia tego generała Hauke’go i pułkownika Męciszewskiego ujrzałem pod pałacem namiestnika we krwi broczących. Nie mogę opisać wrażenia, jakie ten widok na mnie uczynił, lecz sumiennie powiedzieć mogę, że cała przyszłość, wszystkie nieszczęścia, jakie tę ziemię spotkały, jakby czarnym szeregiem przez myśl mi się przesunęły.

Z Krakowskiego Przedmieścia, gdzie kilku znajomych spot-kałem, udaliśmy się na Mio-dową. Stamtąd ku teatrowi, który był jeszcze przy ulicy Długiej. Co moment słyszeliś-my strzały i spotykaliśmy ludzi z nowymi wiadomościami.

Wypadki szybko tej nocy postępowały: już rozbito arsenał i 100 tysięcy broni po mieście rozdano; już więzienie Karmelitów rozbito i więźniów stanu, po większej części uczniów uniwersytetu uwolniono. Już zabito generałów Blumera, Trębeckiego, Stasia Potockiego i najniewinniej generała Nowickiego, który jechał karetą. Młodzież krzyknęła: „Kto jedzie?!” Ktoś krzyknął: „Nowicki!” Ktoś powtórzył: „Lewicki”, i wnet kilkanaście kul przeszyło ciało uczciwego i prawego Polaka. Zginął jedynie przez pomyłkę i podobieństwo nazwiska do generała ruskiego, powszechnie znienawidzonego w Warszawie. Tak, więc przebiegłszy wszystkie miejsca, gdzie się coś działo, nad ranem wróciłem na Królewską, gdzie żonę swą zostawiłem.

Tu nowe uderzyło mnie widowisko: furman mój na pierwszy wystrzał odszedł od powozu i koni, a dostawszy pistolet i podchmieliwszy sobie w szynku, gdyż wiadomo, że pospólstwo wówczas mszcząc się na znienawidzonym w Warszawie monopoliście, wybijało szynki i piło bezpłatnie – on, więc podpiwszy mierzył z pistoletu, nie wiedząc, że nabity, do swojego przyjaciela, służącego pana sędziego Gostkowskiego, mówiąc: Tak bracie pospolitość się zabawia. Wtem spuścił kurek i kula przebiła serce przyjaciela, z którym często się upijał.

Co bądź trzeba było wrócić do domu. Ja mieszkałem na Krakowskim Przedmieściu, koło Kościoła Świętego Krzyża na trzecim piętrze w domu misjonarskim.

Zdawało mi się, że carewicz, który miał przy sobie wojsko i 30 armat w Górze pomści nazajutrz zniewagi mu wyrządzonej i pijanemu pospólstwu krwawą wyda bitwę na Krakowskim Przedmieściu. Łatwiej jednak było pomyślny skutek siły zorganizowanej przeciwko największemu nieporządkowi jaki się na ulicy zwiastował uciszyć. Tym sposobem nie sądziłem rzeczą bezpieczną powrócić na mieszkanie. Odprowadziłem żonę na Świętokrzyską, gdzie mieszkała jej siostra, pani Benoe.

Nazajutrz o godzinie 10-tej, bośmy się wcale nie kładli układałem się z dwoma przyjaciółmi, którzy u mnie często bywali, Januszem Woroniczem i Steckim, udać się na dawne mieszkanie chcąc swe dzieci wydobyć tj. dwuletnią córkę Andzię i syna Zygmunta, zaledwie trzy miesiące mającego. Idąc z ulicy Świętokrzyskiej na Krakowskie przedmieście ujrzałem masy pospólstwa, które wciąż strzelało z jednej strony, z drugiej strony pułk szaserów na czele, którego spostrzegłem znajomego pułkownika Zielonkę.
Pytam go: Pułkowniku, można przejść?

Jak chcesz, wszak widzisz to, co ja – odpowiedział, gdy wtem kula koło samego kapelusza mu świsnęła Widziałem tego człowieka, jak podskoczył na koniu na front tego pospólstwa wołając:

„Nie strzelaj łajdaku, bo ci w łeb palnę! Wtem kilka kul koło niego mignęło. Kiwnął na pułk, zakomenderował i nie oparł się z pułkiem aż za rogatkami, u cesarzewicza. Pułk ten waleczny we krwi obmył nieraz później zniewagę dnia tego.

W sercu mojem uczucie ojca silniej się odezwało. Szlachetny Stecki powiedział: Ruszajmy odnieść dzieci do mataki”. Tak w galop pomiędzy wystrzałami przebiegliśmy ulice i już byliśmy w domu. Ja Andzię, on Zygmunta z poduszką wziął na ręce i zamknąwszy mieszkanie wróciliśmy z dziećmi na Świętokrzyską ulicę. Drugiej nocy pełno do nas przyszło znajomych i wcaleśmy się nie kładli.
Kasztelan Bieńkowski, którego rewolucja zastała u księżnej rosyjskiej, pani Strandman i gdzie się różne sceny odbyły, przelękniony dowiedział się na ulicy, że jego dom rabują, że tam urzędował generał Rożniecki – przyszedł do nas i przesiedział kilka dni.

Ciągle strzały na ulicy, wiadomości, które goniły jedna drugą, ciekawość patriotycznej Warszawy do największego stopnia posuwały. Co za widok po ulicach! Kokardy karmazynowe z białem, niekiedy trój kolorowe przykryły wszystkie czapki, ukazało się pełno konfederatek, każdy z bronią w ręku przebiegał ulice. Zdaje się, że cała ludność stolicy w tym dniu jednym się poznała. Wszyscy się pozdrawiali i ściskali, jakby jedno ogniwo serca polskie zespoliło. Radość narodu do największego stopnia dojrzała, wybujała.
Trzeciego dnia utrudzenie i potrzeba snu znać o sobie dały. Postanowiliśmy zamknąć kamienicę i spocząć. Zaledwie się pokładaliśmy, zaledwie ostatnie światło w Kamienicy zgasło, wnet hałas nadzwyczajny, szturm do bramy, wystrzały do okna cały dom zbudziły. „Otwórz! Otwórz ! Otwórz szpiegu! Bo wybijemy!” W tym domu mieszkało kilku lokatorów z których jeden tylko był mi znajomy, pan Woyszycki, były szef komisji rządowej wojny. Wstałem, ubrałem się naprędce, porwałem za karabin, dysponując stróżowi, żeby bramę otworzył.

Większość mieszkańców nie zgadzała się na otwarcie bramy, między tymi był pan Woyszycki mówiąc: „To pijaki. Nakrzyczą i pójdą dalej.” Gdy się tak naradzamy, spieramy brama wywarzona wypadła i pospólstwo się rzuciło rabować dalsze mieszkania. I wtenczas dopiero dowiedziałem się, że tam mieszkał jakiś carski urzędnik. Nie sądziłem rzeczą właściwą mieszać się w ten interes, lecz gdy już zrabowano meble i wszystko, co było, jakiś moskal, w szlafroku, który dotychczas w grubie przy piecu siedział, wpada do nas na pierwsze piętro i całując po rękach i nogach błaga o ratunek, bo boi się, że go zabiją. Żal mi się zrobiło tego człowieka, co go dziś pierwszy raz na oczy widziałem. Nie mogłem go jednak przyjąć do pokoju, gdzie moja służąca, zapewne dobrze z nim znajoma, wpuścić go chciała.

Kazałem mu wniść na strych. Ale kluczyk gdzieś znów zarzucono. Więc schronił się na schodach do strychu wiodących.

Ja zaś schodzę i długą rozmowę prowadzę z uzbrojonym publicum. Dowodzę im żeśmy Polacy i nie po to wzięliśmy broń do ręki, aby się między sobą rabować. Wysunąłem też wówczas kilka myśli, które wszystkich zajmowały. Jakiś pijany dorożkarz z bagnetem w ręku kilka razy do mnie doskoczył, drugi brał mnie za piersi mówiąc: „To minister. Wziąć go z nami.” Szczęście, że w tym tłumie drwali i dorożkarzy znalazł się student, golibroda, który mnie czasem golił.

- Co czynicie obywatele?! To Ignacy Humnicki, najlepszy patriota.

- Dobrze mówi. Słuchajmy go. Idźmy dalej. Wiem, gdzie mieszka generał Richter i tam was poprowadzę – krzyknął ktoś z tłumu. Tak, więc powoli ta nawałnica ustępowała i po pół godzinie w pobliżu nie było już nikogo. Następnego dnia widziałem fortepian i stoliki mahoniowe porąbane na kawałki i stróża paradującego w sobolowym futrze.

Owego moskala drżącego jak listek, zaprowadziłem do ogródka, który był w tej kamienicy, a nazajutrz, przez litość dałem mu płaszcz stary, bo ze strachu i z zimna ledwo był żywy i odprowadziłem go na zamek, gdzie już pełno było jeńców rosyjskich, którzy w mieście pozostali. Wracając z zamku spotkałem generała Bontemps z wielką kokardą. A gdy go spytałem, co robił od tamtego wieczoru powiedział, że siedział w kozie.

“Poszedłem na odwach i sam się aresztowałem. Stary jestem. Posiwiałem w rewolucjach. Człowiek na wszystko pooglądać się musi. Gdyby cesarzowicz wrócił usprawiedliwiłbym się, żem aresztowany, nie mogłem za nim pospieszyć. Gdy nie wraca i rewolucja górę bierze, zostaję z wami, ile, że to było mojego serca życzeniem.”

Po drodze też dowiedziałem się, że cesarzowicz pozwolił wojsku polskiemu, a mianowicie pułkowi szaserów, który przy nim pozostał, złączyć się z braćmi i powrócić do Warszawy. Jaki to widok wracających braci! Nigdy tego nie zapomnę. Co do mnie żyłem życiem przyspieszonym i przez te 9 miesięcy 10 lat z życia mi ubyło. Zresztą, w parę dni potem zaprosiłem na wieczór młodych ludzi, których imiona były na ustach wszystkich, a z którymi dobrze się znałem. Dwóch braci Mochnackich, Nabielak, dwóch Rupniewskich, Goszczyński, Bronikowski, Grzymała. Poznałem, zatem, że żaden z tych ludzi, naprzód nie myślał, zaś Maurycy Mochnacki, który jeden był genialnym człowiekiem, zanadto wówczas ognisty, za nadto był poetyczny, aby rzecz z rozwagą mógł poprowadzić; lecz najwięcej się zasmuciłem, gdy o przyszłości z nimi mówiąc, powiedzieli mi, że jeżeli przez rewolucję nic więcej nie zrobimy, to przypomnimy się Europie, a zdanie to i Lelewel powiedział. >

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji