nr. 65
VICTORIA, BC,
PAŹDZIERNIK 2015
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Wizyta
Mikołaja
Dom Polski
6 grudnia

Zabawa
Sylwestrowa

Dom Polski
31 grudnia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

ECK -
Chłopak Karol.

O Papieżu

R.Kopplinger-
Teatr nasz

widzimy ogromny

A.Śmiarowski
O Solidarności

część 2

E.Korzeniowska-
Groby

o Święcie Zmarłych-

W.Widział-
Księgj Jakubowe

nowa powieść
Tokarczuk

L.Mongard-
Czosnek

botanika stosowana

Cricoteka
W galerii Stron

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 20


Rozmaitości

Indeks autorów

Adach Śmiarowski

Jak to było z tą Solidarnością
cz. 2


Gdańsk był kolebunią (można się kłócić, że Lublin - miłe poletko do popisów patriotyzmu lokalno-miejskiego) - a jakże, niemniej akcja wrzała wzdłuż i wszerz PRL, no, może z wyjątkiem wsi spokojnej.
W Szczecinie bezpieka robiła raban, bowiem kanałami powrócił do domu pewien dobry człowiek nazwiskiem Bałuka {Edmund}. Bezpieka się wydzierała, bowiem nie mogła wykapować dokładnie miejsca przejścia. Tak między Panem Bogiem a prawdą to ostatni gamoń szczeciński znał większość detali tej kontrabandy, z tym, że nazwa statku pozostawała w sferze domysłów. W tym czasie, zapewne późną jesienią (mżyło wrednie) żegnaliśmy w hali stoczni szczecińskiej pewnego kolegę, Jurczyka Mariana. Cala impreza wyglądała prawie jak pożegnanie ostatniej dziewicy wydawanej wedle umowy smokowi. Prawie, bo choć płaczu było wiele, to jednak ów Jurczyk, jegomość pucułowaty i nieco zażywny, dziewicy nie przypominał nijak. Na scenie hali żegnali go chudy mecenas ocierający łzy i coraz rzucający się mu na szyję, oraz starsza dama furt płacząca w chusteczkę. Na sali nie było wielu ludzi, niemniej odśpiewaliśmy sobie coś patriotycznego nim poszliśmy w siną i chłodną otchłań Szczecina. Jakiś ważny dokument miał być wtedy podpisany z komuną.

Akcja rozwijała się powoli i pomyślnie. Powstały mniej lub bardziej formalnie nowe czasopisma, których i tak nie można było zaprenumerować, co ludzi, przywykłych do niejednego, nie dziwiło wcale. Warszawscy drukarze mieli “Kwadrat”, ciężki do zdobycia ale wart wysiłku. W Szczecinie była chyba “Jedność”. Komuna zgodziła się na ogólnopolski tygodnik “Solidarność”. Założyłem sobie prenumeratę u mojego listonosza. Bardzo był zdziwiony, kiedy się dowiedział, ze takie pismo istnieje. Na wieś informacje dochodziły z trudem.

Sama nazwa “Solidarność” pojawiła się jesienią 1980. Ktoś z Wrocławia wykombinował zestaw koślawych literek z wystającym sztandarem. Przyjęło się dość szybko. Jadąc wczesną zimą w Polskę nabrałem garść plastykowych znaczków z agrafką. Sam miałem jeden zawsze przypięty na wierzchu. Było to wtedy zupełną nowością. Ludzie patrzyli na znaczek spode łba, niepewni czy się cieszyć czy bać. Pewnego wieczora stałem w kolejce po chleb w małym miasteczku między Mazurami a Mazowszem. Opodal stal młody chłopak i cały czas ukradkiem spoglądał na błyszczący bialo-czerwony znaczek. Kiedy wychodziłem z chlebem podszedł bliżej i zapytał niepewnie:
- Przepraszam, co to znaczy “Solidność”?

W ogóle na wsi wszystko było po staremu. Robotnicze środowiska miejskie wrzały od Przemyśla po Świnoujście, podczas gdy wieś spokojna, wieś wesoła, drzemała na zapieckach. Jeżdżąc tu i tam miałem okazje rozmawiać z chłopami. Kiwali głowami ze zrozumieniem, jakby chcieli powiedzieć: - Co się to tam tym miastowym we łbach poprzewracało. Źle im, czy co? Agitka wśród chłopów jako żywo przypominała rzucanie grochem o ścianę. Musze przyznać, ze wśród milicjantów, notorycznych matołów i gburów, szło mi znacznie lepiej niźli miedzy kmiotkami, z którymi wszak dzieliłem nie tylko mowę, ale rolę i interesy. Spędziłem kiedyś pół nocy na dworcu w Gdyni z pewnym dziarskim sierżantem MO, który najpierw ostrożnie a potem coraz bardziej pewnie, wypytywał się mnie o realia polityczne, podziemie, KOR, strajki, wszystko. Z początku wstydził się nieco, ale po paru godzinach walił prosto z mostu, co tylko pomyślał, a myślał dużo i ciekawie. Chodziliśmy wzdłuż peronów, tam i siam, jako ze mój sierżant był na służbie.
Mijali nas inni milicjanci patrząc na swego dowódcę z zainteresowaniem i dziwiąc się, że ich jeszcze na pomoc nie wzywa. Cywilni obywatele także spoglądali na nas jakoś dziwnie. Zaiste widok musiał być osobliwy, bo trzeba Wam wiedzieć, ze mordę posiadam dość paskudną, zwłaszcza nocą, a ubieram się wedle ludzkich standardów nieochędożnie.

Głosiłem także ewangelię sierpniową wśród kolejarzy. Wbrew własnym żelaznym zasadom kupowałem sobie bilet PKP i rozdawałem pisma gdzie popadło. Czasem udało mi się zorganizować mały wiecyk. Kolejarze chociaż SOKiści, chociaż mundurowi, wykazywali sporą dozę zdrowego rozsądku. Natomiast z chłopami sprawa była beznadziejna. Może w Wierzchosławicach chłopstwo ma jaką taką fantazję, ale Kongresówka - pożal się Boże. Zimę i przednówek 1981 wieś przetrwała w bezruchu. Pierwszą oznakę życia ujrzałem na Zielone Świątki, kiedy to na pewnym stadionie biskup święcił sztandar “Solidarności Wiejskiej”. No, jak biskup każą - to inna sprawa. Chłopy się zsolidarniły.

Wczesną wiosną 1981 wyglądało, ze pójdzie na ostre. Było to zapewne po Bydgoszczy. Rozwoziłem po kraju ulotki z instrukcjami. Były bardzo explicite. Tyle a tyle konserw i nie psujących się wiktuałów na głowę należy mieć w domu. Grupy niezależne należy organizować. Rozgłośni takich a takich trzeba słuchać na podanych częstotliwościach. Ruskim trzeba opowiadać zawsze szczerze, po przyjacielsku i nieprawdę. Drogowskazy pozmieniać w przeciwne strony, zmieniać tabliczki z nazwami miast, wsi, ulic i placów. Przygotowywaliśmy się na inwazje. Co bolało mnie i wielu moich koleżków, to brak instrukcji do walki zbrojnej. Podobno grupa z Łodzi (Słowik i s-ka), uważana za ekstremę, miała i takie, ale nigdy nie widziałem tego na piśmie. Na wszelki wypadek zakonserwowałem swą strzelbę i ukryłem należycie. I słusznie, bowiem pewnej kwietniowej nocy, o trzeciej nad ranem, zapukało do mej chałupy dwóch mundurowych. Chociaż tłumaczyli się rozkazem zostali opieprzeni należycie i odesłani z kwitkiem. Moja broń znajdowała się formalnie u nieznanego rusznikarza na drugim końcu Polski.

Zaangażowani ludzie gdzieś w świecie drżeli coraz bardziej na widok zbierającej się burzy. My w Polsce mieliśmy krótką i zdrową perspektywę. Och, dostać tak ruskich na koniec widelca! I choćby głupią tankietkę podpalić, hej! Przecież armia z nami.

A tymczasem armia się mobilizowała. I nie tylko armia. Późnym majem spotkałem pewnego znajomego z koła łowieckiego. Głupowaty kmiotek zaczął mi opowiadać o swoich przygodach na szkoleniu, z którego dopiero wrócił. Przez kilka tygodni mieli zaprawę w tłuczeniu kukieł i siebie nawzajem. Sprzęt nowoczesny poznali. Profil szkolenia politycznego, które otrzymali, także był rzeczowy. Mój kolega obiecywał sobie wielka frajdę, na wypadek powołania.

Zawadiactwo pokrzykiwało ochoczo, niemniej co subtelniejsze nosy wyczuwały gromadzący się smród. Wczesnym majem mój przyjaciel S. (wszystko to teraz, panie dzieju, senatory), naonczas przewodniczący regionu “S”, zaczął pić wódkę z regionalnymi komisarzami wojskowymi, którzy właśnie pojawili się wzdłuż i wszerz Rzeczypospolitej. Pił także ze swymi przełożonymi, którzy zaklinali się, że na wypadek kotła zaświadczą solennie, ze S. jest niezbędny dla funkcjonowania Ważnych Strategicznych Instytucji i że bez niego ani rusz. Śmiałem się z tej zapobiegliwości, ale S. miał swoja politykę.

- Polską nie rządzi partia ani nawet pieniądze. Polską rządzą sitwy. Jesteś obcy, to cię zeżrą, jesteś swój - wygrałeś.

S. miał na poparcie swych tez wiele dowodów i to niebłahych. (Nb. nie udało mu się przechytrzyć komuny. Miał w kieszeni całą radę wojskową, kiedy tuż przed grudniem dowództwo wymieniło kadrę
na nową i zanim S. zabrał się od nowa za korumpowanie, wylądował na najdłuższej ulicy w Warszawie, skąd wrócił dopiero latem 1982. Zapewne tezy S. były znane także wierszynce armii i domniemywam, że rady wojskowe zostały wymienione w całym kraju.)

Zbliżało się lato. “Solidarność” jakby okrzepła. Nabierała siły i rozpędu. Nagle pojawiły się Mordy. Mordy to twarze o nieokreślonych rysach, nijakich, ni to uśmiechniętych ni to zatroskanych. Mordy są zawsze i wszędzie tam, gdzie można się pokazać i być ważnym. To nieodmienne świadectwo końca rewolucji i początku bogobojnej biurokracji. Mordy nigdy nie pojawiają się przedtem, a są zawsze potem. W Szczecinie, w pokoju zarządu, złapała mnie za guzik jakaś Morda, bardzo elegancka, w garniturze i w krawacie. Ach, Morda tak się ucieszyła, że mnie wreszcie spotkała. Czy ja mógłbym Mordę przedstawić tu i tam? A przecież ja znam cala pakę z KORu, a Morda zawsze tak bardzo chciała, wiec czy mógłbym? Morda się śliniła i bredziła od rzeczy. Było to dość zabawne, ale symptomatyczne.

“Solidarność” przestała być rewolucją. Robienie Niezależnych Związków nie było nielegalne. “Solidarność” od środka wydawała się silna i pewna. Wracaliśmy z moim szefem, B. z mieszkania pewnego rzemieślnika, który wyrabiał dla nas nowe znaczki i emblematy. B. dopytywał o detale natury politycznej mojego ostatniego kontaktu z zachodnim związkiem zawodowym. O szczegółach technicznych przerzutu, który zorganizowałem, starym zwyczajem nie rozmawialiśmy. B. rozwijał przede mną nowe perspektywy dla Związku. Pomyślne. Sądząc z ilości Mord musiał mieć rację.
“Trzeba wysiąść na następnym przystanku” - pomyślałem. >

____________________________________________________________

Tekst po raz pierwszy ukazał się w dwutygodniku internetowym „Spojrzenia” w 1992 roku.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji