nr. 65
VICTORIA, BC,
PAŹDZIERNIK 2015
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Wizyta
Mikołaja
Dom Polski
6 grudnia

Zabawa
Sylwestrowa

Dom Polski
31 grudnia


ARTYKUŁY

Od Redakcji

ECK -
Chłopak Karol.

O Papieżu

R.Kopplinger-
Teatr nasz

widzimy ogromny

A.Śmiarowski
O Solidarności

część 2

E.Korzeniowska-
Groby

o Święcie Zmarłych-

W.Widział-
Księgj Jakubowe

nowa powieść
Tokarczuk

L.Mongard-
Czosnek

botanika stosowana

Cricoteka
W galerii Stron

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 20


Rozmaitości

Indeks autorów

Rozmawiała Ewa Caputa

Teatr nasz widzimy ogromny



Jak doszło do powstania waszego teatru? – pytam Ryszarda Kopplingera, długoletniego prezesa Teatru Polskiego w Vancouver i aktora w jednej osobie, który niedawno, za swą działalność, otrzymał państwowe odznaczenie „Zasłużony dla Kultury Polskiej.”

RK: Założycielem teatru był Jerzy Bułeczka Kopczewski. On w 2005 roku zarejestrował teatr jako organizację non-profit. Ja doszedłem do niego w 2006 roku. Najpierw byłem sekretarzem, pomagałem zbierać fundusze dla teatru. Potem zacząłem brać udział w przedstawieniach.

A marzył pan kiedyś wcześniej o aktorstwie?

RK: Od jak dawna pamiętam, to teatr we mnie siedzi. Należałem do teatrzyków studenckich w Krakowie, gdzie studiowałem architekturę. Przyjaźniłem się z Piotrem Skrzyneckim i z aktorami z Piwnicy pod Baranami. Ten bakcyl siedział we mnie mocno. Moje studia były tak absorbujące, że jeszcze chciało mi się grać w teatrzykach, a przecież jeszcze był sport w moim życiu.
No więc, w Vancouver zacząłem współpracować z Bułeczką, po tym jak on wystawił dwa monodramy. Potem byłem realizatorem kolejnego spektaklu. A na scenie pierwszy raz stanąłem w musicalu „Jedna jedyna wyśniona” (2007). Spektakl składał się z 23 piosenek i rożnych tekstów Jeremiego Przybory i innych polskich humorystów. Była to składanka autorstwa Jerzego Kopczewskiego i to się bardzo podobało publiczności. Zagrałem tam w kilku skeczach i zaśpiewałem dwie piosenki. To był mój debiut na tutejszej scenie. A potem poszło dalej. Było następne przedstawienie, „Madame Irene” (2007) na podstawie adaptacji powieści debiutu literackiego Fiodora Dostojewskiego, „Biedni ludzie”. Autorem adaptacji scenicznej i reżyserem był Jerzy Kopczewski. Wziął do tej sztuki 24 romanse, między innymi Wertyńskiego. To był bardzo ciekawy spektakl. „Madame Irene” przyjęta została jednak z mieszanymi uczuciami. Połowa publiczności była zachwycona, niestety była też część publiczności znudzona długością spektaklu trwającego 3.5 godziny, a do tego jeszcze romanse śpiewaliśmy po rosyjsku i część publiczności nie chciała tego akceptować. My jednak uważaliśmy, że rosyjskie romanse śpiewane po polsku tracą urok. W każdym razie, był to spektakl urokliwy z piękną scenografią i kostiumami. Potem odbył się benefis Bułeczki i pięciolecie teatru. Wystawiliśmy jeszcze „Dożywocie” (2009) Fredry, a potem był „Mazepa” (2009) Słowackiego. Grałem tam swoją pierwszą poważną rolę. Reżyserem i autorem scenografii był Jerzy Kopczewski. Kostiumy do „Mazepy” sprowadziliśmy z magazynów filmowych w Łodzi. Były to kostiumy do „Ogniem i mieczem” Hofmana.
To był wspaniały spektakl. Można go dziś oglądać on line. Na naszej stronie: http://www.polishtheatrevancouver.ca/ umieściliśmy wszystkie nasze spektakle. Są do obejrzenia.
Po Mazepie nasze drogi z Bułeczką się rozeszły…

Co to znaczy być częścią takiego zespołu? Jesteście amatorami, ale wspólnie tworzycie teatr na wysokim poziomie, w niczym nie ustępujący profesjonalnym grupom. Na czym polega ten fenomen?

RK: Potrzeba do tego wiele pracy i samozaparcia. Tworzymy grupę ludzi, która bardzo kocha teatr – wyjaśnia żona pana Ryszarda, Joanna.
- Jesteśmy z rożnych środowisk i grup społecznych o różnych zawodowych karierach, co nas łączy, to miłość do sceny, to dążenie do tworzenia czegoś, czym się można dzielić z innymi. Praca w teatrze wciąga jak narkotyk. Ciągle, po każdym spektaklu mówimy, że trzeba zrobić przerwę, a potem dalej bierzemy się do roboty. Każdy z nas ma swoje zawodowe życie, rodzinę, to trudno razem pogodzić, bowiem teatr jest wymagający. Przygotować rolę, to jest ogromna praca, którą trzeba wykonać przed każdym spektaklem. Nie da się jednak tego zostawić. Chcemy robić ambitny teatr i każda nowa premiera jest tego dowodem i wielką dla nas radością. Niestety, tę prawdziwą radość z dobrze zagranego spektaklu zaczęliśmy odczuwać dopiero pracując z nowym reżyserem. Gdy zerwaliśmy współpracę z panem Kopczeswskim, teatr nasz przeżywał kryzys. Byłam wówczas w Warszawie i rozmawiałam o tym z naszą duchową opiekunką, polską aktorką, Emilią Krakowską. Powiedziałam jej, że nie wiadomo, co dalej będzie z teatrem, bo nie mamy reżysera. Obiecała coś wymyślić i rzeczywiście wieczorem tego samego dnia skontaktowała mnie z panią reżyser w wysokiej półki, Julią Werni, która zdecydowała się na przyjazd do Vancouver i co ważniejsze na pracę z naszym zespołem. No i od tego momentu zaczęła się prawdziwa teatralna robota. Pani reżyser podchodziła do nas profesjonalnie, z entuzjazmem i radością, nigdy na nikogo nie podnosiła głosu. Była zafascynowana faktem, że gdzieś na końcu świata znalazła się grupa Polaków, której się chce robić ambitny polski teatr. W tym momencie poczuliśmy, że naprawdę jesteśmy coś warci. Z Julią w 2012 roku zrobiliśmy „Żółtą szlafmycę” Zabłockiego. Wtedy też zaczęliśmy rozmowy na temat teatru dla dzieci. Właściwie ja się trochę do tego przyczyniłam - mówi pani Joanna.
- Jestem projektantem zabawek i od dawna mam związek z przemysłem dziecięcym. Julia się do tego pomysłu bardzo zapaliła i przyjechała do nas po raz drugi, by zrobić „Króla Maciusia I”, Janusza Korczaka i to był wspaniały spektakl.
- Wystawialiśmy go po angielsku na festiwalu kultury żydowskiej Hucpa – kontynuuje pan Ryszard. I tak powstał Teatr Dziecięcy im. Króla Maciusia, który jest naszą filią. Weszliśmy w kontakty ze szpitalem dziecięcym w Vancouver. Rokrocznie przygotowujemy przedstawienia dla małych pacjentów, gramy polskie sztuki po angielsku.

Ile członków liczy wasz zespół teatralny?

RK: To zależy, ogólnie czynnie pracujących dla teatru i osób zaprzyjaźnionych jest ok. 40 osób.

A jak dobieracie państwo repertuar?

RK: Mamy radę artystyczną, na czele której stoi nasz opiekun artystyczny, Marek Czuma - jest on zawodowym reżyserem. Myśmy go tu znaleźli na wyspie Galiano. Jest on naszym wspaniałym duchem. On reżyseruje ostatnio nasze spektakle, również tłumaczy teksty na angielski, bo jest zawodowym tłumaczem. Tłumaczy również dla nas polskie sztuki na angielski. Wystawiamy je w szpitalu dla dzieci. Jesteśmy pod tym względem unikalni. Gramy polskich autorów po angielsku, prezentujemy w ten sposób polską kulturę. Marek jest całkowicie dwujęzyczny. Urodził się i wychował w Londynie. Pochodzi z bardzo patriotycznej rodziny, tych sławnych Czumów. Cechuje go niepospolita inteligencja, niespotykana kultura oraz niespotykana tolerancja i cierpliwość. On w każdym człowieku widzi dobro. Ma za sobą doświadczenie w pracy reżyserskiej. Był inicjatorem festiwalu teatralnego Bard on the Beach. Pracował też w Hollywood, ale uciekł stamtąd przed sztucznym blichtrem. Jest obecnie bardzo związany z naszym teatrem. Zrobiliśmy z nim dwie jednoaktówki Mrożka. „Na pełnym morzu” i „Czarna noc”.
Oprócz tego naszym dobrym duchem i wielkim fanem jest obecny pan konsul, Krzysztof Olendzki. On uważa, że jesteśmy ewenementem na skalę kanadyjską. Pisze w naszym imieniu listy szukając dla nas sponsorów. Niby jesteśmy amatorskim teatrem, ale mamy swój status, nawet zostaliśmy zapisani do ZASP-u. Zaczynaliśmy jako amatorzy, ale teraz jesteśmy poważną grupą o pokaźnym dorobku artystycznym i doświadczeniu. Każda z osób pracujących w teatrze przeszła w nim jakąś drogę. Nieformalną edukację. Ja nauczyłem się przez ostatnie 10 lat bardzo wiele i o istocie teatru, i o trudnej sztuce reżyserii i zagłębiłem się w literaturę.
- Nie mamy aktorskich szkół za sobą, to musimy mieć zawodowców, którzy nam pomogą w produkcji spektaklu. Pokierują nami. Przeważnie jak ludzie chcą robić teatr, to wydaje im się, że mogą to zrobić sami. Ten wybierze repertuar, ten będzie reżyserował, ale to wszystko razem się nie składa. Reżyser to widzi spektakl od początku jako całościowe dzieło i on wie jak to ustawić. I myśmy od początku zawsze mieli dobrych reżyserów: Kopczewski, Wernio, Czuma.
I to nas też stawia w innym świetle. Dlatego, że bez dobrego reżysera niewiele można. Aktor może być bardzo utalentowany, ale bez odpowiedniej reżyserii nic z tego nie wychodzi. Inaczej też buduje się relacje międzyludzkie. Od zawodowego reżysera można się wiele nauczyć. Ja od Kopczewskiego bardzo wiele dostałem, to znaczy wiele się nauczyłem. Zrozumiałem też, że we wszystkim trzeba dążyć do złotego środka. Takim wypośrodkowaniem dla nas jest Mrożek. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że będziemy grali coś polskiego, ale znanego w świecie. Postawiliśmy na jego dramaty. „Tango” okazuje się być sukcesem. Graliśmy niedawno ten spektakl przy pełnych salach w Calgary i Edmonton. Wszędzie przyjmowani jesteśmy z entuzjazmem. Chcielibyśmy też zagrać „Tango” Mrożka w Victorii, nie koniecznie tylko dla polonijnej publiczności. Nad sceną wyświetlamy tłumaczenie dialogów. Łatwo zrozumieć.

A z jakimi problemami boryka się wasz teatr?

RK: Największym problemem jest brak własnej siedziby. Robiliśmy próby w salach stowarzyszenia „Zgoda” i w SPK, Ale „Zgoda” jest obecnie w całości wynajęta dla filmu, nawet musieliśmy zabrać nasz domek z dekoracjami, który stał tam na parkingu, więc zostało nam SPK, ale ich pomieszczeń używamy odpłatnie. I tu pomagać nam będzie konsulat. Kostiumy przechowujemy w moim garażu, natomiast nie mamy gdzie trzymać dekoracji.

Na zakończenie, proszę mi powiedzieć, jakie znaczenie ma dla pana niedawno otrzymane odznaczenie?

RK: Dostałem je imiennie ja, ale po prawdzie należy się ono całemu zespołowi Teatru Polskiego, bo wszyscy pracujemy nad tym, by propagować polską kulturę i kulturę polskiego słowa. >

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji