nr. 62
VICTORIA, BC,
CZERWIEC 2015
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Od Redakcji

Edward Kamiński-
Indie

Zapiski z
podróży

E. Caputa-
Gorączka złota
w muzeum RBCM

H. Jazłowiecka
Niechaj wesoło

dzieje śpiewaczek
chóru White Eagle

Z lamusa-
Mózg Marszałka

Piłusudskiego

Lidia Mongard-
Konwalia

botanika stosowana

E. Caputa
Stefan Norblin
w galerii Stron

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 17


Rozmaitości

Indeks autorów

Hanna Jazłowiecka

Niechaj wesoło zagra nam echo
dzieje śpiewaczek Białego Orła w Victorii


Rozpoczęliśmy śpiewać blisko cztery lata temu, jako grupa mieszana pod względem wieku i płci. Wtórowały nam śliczne głosy młodych pań, niedawno przybyłych z Polski, oraz tak potrzebne w każdym chórze, głębokie tony męskich ochotników, członków, tak jak i my, Polskiego Klubu Seniorów. Niestety, panie odeszły z chóru z powodów rodzinnych wymagań, pracy lub przenosin w inne strony świata, a panowie?
Myślę, że nie byli w stanie wytrzymać rutyny prób, podczas których nasz dyrygent, Roger Montague, choć z pochodzenia Szkot, głośno i z południową gestykulacją wytykał nam często najdrobniejsze niedociągnięcia, a było ich zbyt wiele!
Ostatecznie zostało nas dwanaście. Spoglądamy z dumą w przeszłość, bo jednak osiągnęłyśmy sporo. Czasem wspominamy ze śmiechem pewne tragedie i niespodzianki (brak pianina na festiwal folklorystyczny, martwe mikrofony), które grupkom takim jak nasza przydarzają się od czasu do czasu, a wszystko ku nauce i doświadczeniu członków.
Z
New Horizon (Klub Seniorów) otrzymałyśmy dotację finansową i mogłyśmy stworzyć dwa rodzaje kostiumów – i co najważniejsze – zakupić pianino, które obecnie znajduje się w dolnej sali Polskiego Domu i tym samym uniezależnia nas od zmaltretowanego wiekiem i użytkiem pianina stojącego na scenie górnej sali, często zajętej.
Erwin (akompaniatorka), urodzona w Walii, rozumie doskonale nasze patriotyczne zrywy, najlepiej wyrażana w niezapomnianych marszach, które gra z wielką werwą. Jej ulubiony utwory to Marsz Mokotowa, Czarna Madonna, Bal Weteranów i nade wszystko Po Górach Dolinach. Wprowadzają ją one w stan wielkiej satysfakcji.
Że śpiew to zdrowie przekonałyśmy się już dawno. Poprawiło nam się zdrowie, oddychamy głębiej, głosy „wyrobiły nam się” znacznie. Mój własny przemienił się w istny bas, co – jeśli weźmie się pod uwagę brak męskich głosów - jest na korzyść śpiewających, ale taki mam teraz głęboki „dech”, że Roger Musi czasami mnie przytłumiać!
Zbieramy się na próby w każdy czwartek, sporo z nas dojeżdża autobusem z przesiadkami z różnych krańców miasta, jak trzeba to i „w śnieg i zawieruchę”, bo wszystkie kochamy śpiew i lubimy się wzajemnie, jak i nasze występy, do których się wciąż przygotowujemy nauką nowych polskich i angielskich piosenek.
„Patrzcie na mnie , na Miłość Boską!” - Pokrzykuje czasem nasz dyrygent Roger, „Przestańcie już rozmawiać! Uwaga!
Raz…dwa…trzy! Nabrać głęboko powietrza… Klatka piersiowa do góry, oddychać brzuchem…”
Z wielkim talentem na własnym ciele pokazuje co mamy robić i mimo, że glos ma już nieco sterany życiem (jest weteranem lotniczym z WW II) potrafi utrzymać ton niesamowicie długo. Czasem słyszymy tak mile witane: „Noo…Tego to się po was nie spodziewałem! Jeszcze będzie z was prawdziwy chór.”
Wytworzyła się pomiędzy nami prawdziwa wieź przyjaźni. Wspólnie przeżywane triumfy, jakkolwiek skromne, czasem niepowodzenia, z takich czy innych względów, sprawiły, że dzięki piosenkom i polskim i angielskim, przeżywamy emocjonalne momenty, o których się nie zapomina. Roger i jego żona Erwyn, nasza niestrudzona pianistka, narzekali czasem na tyle półtonów i smętków w niektórych naszych melodiach, ale zrozumiawszy treść słów i tło historyczne, nucą je już na pamięć, tak jak i my z zapalem śpiewamy
Danny Boy albo Scotland the Brave. Oczywiście wspomniałam Rogerowi o tym, że ukochany szkocki królewicz, któremu śpiewano Charty is my Darling, to wnuk naszego Jana Sobieskiego. Podczas występów w szpitalach domach intensywnej opieki nad starcami, nasi widzowie, - pod wpływem piosenek - dochodzą do życia. Nieruchome twarze rozjaśniają się uśmiechami, wychudzone ręce klaszczą z zadowolenia, zagasłe oczy nagle się ożywiają i, jakże często, szczególnie z oczu sparaliżowanych panów, spływają ciurkiem łzy, jakby dawno zamarznięte uczucia zaczynały tajać. Śpiewamy dla nich piosenki z obu wojen światowych, jak: Tiperary, White Cliffs of Dover, My Bonny Lives over the Ocean, albo stareńkie przeboje: Ramona, Springtime In the Rockies, Red River Vally.
Mamy już za sobą sporo koncertów, bo aż 38 w szpitalach, domach opieki, na festiwalu folklorystycznym Folkfest, który rokrocznie odbywa się w naszym mieście, w szkołach, centrach handlowych, na uroczystościach związanych z Olimpiadą Krajów Wspólnoty Brytyjskiej w nowobudowanym Stadionie Olimpijskim, w teatrze muzealnym, no i oczywiście na wszystkich akademiach i specjalnych okazjach w domu Białego Orła.
A propos Białego Orła. Zastanawiamy się nad odpowiednią nazwę dla naszej grupy, z pewnością Orlęta byłoby zbyt młodo, Orlice zbyt drapieżnie. Harfy, Lutnie, Echa itp. jakoś zbyt znane. Na syrenki jesteśmy zbyt zamaszyste pod względem tuszy, więc może zostaniemy Śpiewaczkami białego Orła”.
Jednych z naszym najmilszych osiągnięć był Kabaret nad Pacyfikiem. Wszystkie chórzystki brały w nim udział ubrane w powiewne szaty, duże kapelusze przedstawiając emerytowane aktorki słynnych polskich teatrów, które zebrały się na rzewne wspominki z dawnych czasów. Ubawili się wszyscy – wszyscy, kto wie czy nie chórzystki więcej od widowni. Mamy zamiar – z ochoty i na prośbę tutejszej Polonii – wystawić następny kabaret jesienią. 1994 roku.
Już nie zapomnisz mnie, gdy moją piosenkę spamiętasz…” „tak przemawiała do nas przeszłość, szczęśliwa i tragiczna, przeszłość naszej młodości, Polski i całego tułaczego życia. Niechaj tu, za oceanem gra nam echo tego, co niezapomniane. >

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji