nr. 62
VICTORIA, BC,
CZERWIEC 2015
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Od Redakcji

Edward Kamiński-
Indie

Zapiski z
podróży

E. Caputa-
Gorączka złota
w muzeum RBCM

H. Jazłowiecka
Niechaj wesoło

dzieje śpiewaczek
chóru White Eagle

Z lamusa-
Mózg Marszałka

Piłusudskiego

Lidia Mongard-
Konwalia

botanika stosowana

E. Caputa
Stefan Norblin
w galerii Stron

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 17


Rozmaitości

Indeks autorów

Edward Kamiński

Zapiski z bogatego kraju biednych ludzi


A więc jedziemy do Indii, to znaczy lecimy wciśnięci w fotel ciasnej klasy turystycznej, 13 godzin z Vancouver do Hong Kongu i następne 6.5 godziny do New Delhi. Razem z odprawami, oczekiwaniem na lot i dojazdem do hotelu - ponad 30 godzin, jak kara za popełnione i przyszłe grzechy.
Mieliśmy lecieć do Polski. Ruszyliśmy we wprost przeciwnym kierunku. Jeden telefon zmienił ustalony plan. Zadzwonił z Vancouver Alex Lee, współwłaściciel biura podróży, niezrównany organizator wypraw i kompan, z którym choćby na koniec świata konie kraść. Proponuje zwiedzanie Indii. Nina, moja ślubna „przełożona” zdecydowała - skoro Alex z nami! Zanim doszło do wyjazdu Alex, do planu dorzucił jeszcze Dubai i Abu Dhabi nad Zatoką Perską i Hong Kong w drodze powrotnej. Zaczynam obawiać się, że następnym razem Alex zawiadomi o wyprawie na biegun północny.
Indie, olbrzymi kraj zwiedzałem w 1971 roku jako rześki młodzieniec pod czterdziestkę. Wiedziałem, więc czego można się tam spodziewać po upływie 44 lat. Z własnego doświadczenia - uciążliwych upałów, a z aktualnych doniesień w prasie i telewizji wielkich przemian gospodarczych. Indie pretendują w przyszłości do trzeciej gospodarki światowej po USA i Chinach. Wiele z moich osądów z poprzedniego pobytu wzbogaciłem nowymi, niektóre trzeba było skorygować.
W 2-3 tygodnie można w pośpiechu zobaczyć zaledwie skrawek kraju tej wielkości. Można zobaczyć, ale nie zgłębić widocznych tam skrajności i kontrastów, bo to jedne z najbardziej ciekawych i zarazem skomplikowanych miejsc na świecie. Niech świadczy o tym kilka zanotowanych spostrzeżeń.

x

Lądujemy w Delhi, stolicy kraju. Już po dotarciu do pięciogwiazdkowego, nowoczesnego hotelu uderzają pierwsze z owych skrajności. Kontrast między nim a otoczeniem, to zderzenie dwóch odrębnych światów. Hotel okala wysoki mur niczym państwo w państwie. Dostępu strzegą uzbrojeni strażnicy. Jest kontrola paszportów, a w bramkach prześwietlania bagaży - jak na lotniskach. Na zewnątrz muru stosy zalegających śmieci, a po drugiej stronie park z dywanami strzyżonych trawników, baseny kąpielowe, kwietniki, misterne mozaiki zieleni i wykładziny alejek. Kilkupiętrowy, budynek hotelu zaskakuje absolutnym luksusem, niedostępnym dla przeciętnego Hindusa. Podczas gdy my w łazience naszego pokoju pławimy się prysznicami natrysków, z góry, z dołu, z każdej możliwej strony, ponad 600 milionów Hindusów, (100 milionów więcej niż populacja wszystkich krajów Zjednoczonej Europy) nie ma dostępu do czystej, bieżącej wody. Połowa mieszkańców kraju wypróżnia się w plenerze. Plener to nie tylko pola i krzaki, ale gdzie popadnie - tory kolejowe, drogi, w mieście pobocza ulic i chodników. Brak zażenowania w przymusowym niedostatku prywatności to jeden z trwałych elementów stylu życia. Przybyszom z Zachodu załatwianie potrzeby fizjologicznej na zatłoczonej, pełnej ruchu ulicy, jest czymś niewyobrażalnym.
Indyjski premier Narendra Modi w sierpniu ubiegłego roku w pełnym pasji przemówieniu obiecał uwolnienie kraju od tego śmierdzącego problemu do 2019 roku. Za 5 lat Indie mają być posprzątane, wody Gangesu oczyszczone, a każdy dom będzie miał swoją wygódkę i umywalkę z bieżącą wodą. Wydaje się to nierealne. Indie są dzisiaj bardziej zanieczyszczone niż 44 lat temu, kiedy byłem tam po raz pierwszy. Po części to skutek erupcji przemysłu opakowań w ostatnich dekadach oraz niepohamowany przyrost ludności, do 1 miliarda 240 milionów obecnie. Opakowania, zwłaszcza żywności i napojów, po zużyciu trafiają na ulice i drogi. Sterty plastiku, pojemniki, kartony, odpadki zalegają wszędzie. Zdeterminowany premier Modi by dać dobry przykład sam chwycił niedawno za miotłę i posprzątał ulicę. Nie zważając, że sprzątanie biur, czyszczenie ubikacji należy wyłącznie do najniższej kasty „niedotykalnych”, raz zagonił do tego urzędników. Na razie była to tylko „dobrowolna”, akcja społeczna.
Standardy Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) dla krajów rozwijających się nie są wcale wygórowane. Zwykła wygódka z dziurą w desce nad dołem kloacznym i otworem wentylacyjnym w drzwiach jest dobrym rozwiązaniem, zwłaszcza dla gospodarstw wiejskich i małych osiedli.
Na budowę najprostszych urządzeń sanitarnych biednych wieśniaków nie stać, ale to nie tylko kwesta finansowa. Łatwiej jest zbudować prosty szalet niż przełamać od wieków zakorzenione tabu. Zawartość latryny uważana jest za rytualnie nieczystą, którą należy omijać z daleka. Ludzie wolą załatwiać potrzeby na wolnym powietrzu, pod chmurką. Jak na razie turysta w mieście po wyjściu z hotelu narażony jest na toalety publiczne. W niektórych trzeba heroicznego zaparcia, by z żołądkiem pod gardłem nie wypaść na pobliski zieleniec.

x

Zasadą ruchu kołowego jest brak jakichkolwiek zasad. Zdobycie prawa jazdy zredukowano do minimum. Wystarczy wpłacić 2500 rupii, (około 40 dolarów USA). Połowa kierowców jeździ bez prawa jazdy. Nikt tego nie sprawdza.
Przed laty na ulicach „królowały” rowery - miliony rowerów, riksze zwykłe i rowerowe. Obecnie wypierają je miliony motocykli i skuterów. W większych miejscowościach najpopularniejszym środkiem transportu są dwuosobowe riksze zmotoryzowane z licznikami, ale widziałem też w nich 6 osób dorosłych z dwojgiem dzieci. Często pod pozorem że licznik jest zepsuty kierowcy próbują ustalić cenę za przejazd 2-3 razy wyższą niż z licznikiem.

Na wąskich drogach zatłoczonych do granic możliwości - kto większy ten lepszy. Wielkie ciężarówki pędzą na czołowe zderzenie z samochodami z przeciwnego kierunku. W ostatniej chwili wymijają się na centymetry skręcając na skraj asfaltu, albo i na piaskowe pobocze. Wszystkie niedozwolone chwyty są „dozwolone”: wyprzedzanie, wymijanie z każdej strony, zajeżdżanie i wymuszanie pierwszeństwa przejazdu. Z tyłu ciężarówek i autobusów widnieje napis „Sound horn”- czyli trąb. Klakson zastępuje kierunkowskazy. Każdy manewr poprzedzany jest trąbieniem. Trąbią wszyscy.
Ciężarówki nie tyko służą do przewozu towarów, ale i pasażerów. Są najtańszym, między miejskim środkiem transportu. Pakuje się na nie, na stojąco, tyle ile się tylko da. Konkurują one z autobusami publicznymi, zwanymi „government car” - samochodami rządowymi. Prawem kaduka mają pierwszeństwo. Na wąskich drogach autobus spycha wszystkie mniejsze pojazdy na pobocza, kierowca nawet nie zdejmuje nogi z gazu.


Ostatnia dekada zapoczątkowała w Indiach żywiołowy rozwój motoryzacji. Do lat 70. posiadaczami samochodów osobowych byli ludzie bardzo zamożni, dostojnicy rządowi, dyplomaci i przedstawiciele wielkich firm handlowych. Obecnie szybko przybywa nabywców z bogatszej klasy średniej. Drogi zapełniają samochody wszystkich marek świata. Rozwój rodzimego przemysłu motoryzacyjnego zapoczątkowała ostatnia dekada. Największym producentem samochodów jest Ratan Tata, znany na świecie przemysłowiec i potentat. W roku 2008 odkupił on Jaguara i landrovera od forda, ongiś chlubne marki przemysłu Korony brytyjskiej. Koncern Taty produkuje samochody wszelkiego przeznaczenia: ciężarowe, dostawcze, furgonetki i autobusy. Wielką sensacją wzbudził w 2009 r. wprowadzony na rynek „nano” - najmniejszy tam i najtańszy na świecie samochód dla ludu, w cenie poniżej 3 tysięcy dolarów USA. Indie to olbrzymi rynek. Przy tak wielkiej populacji można liczyć na przynajmniej 500 milionów potencjalnych nabywców. Zarazem to zapowiedź skażenia środowiska na olbrzymią skalę. Tata planuje już konstrukcję nowego silnika elektrycznego.
Kilka słów o kierowcach: To wirtuozi kierownicy, bo tylko tym można wytłumaczyć, dlaczego w totalnym chaosie na drogach te wszystkie pojazdy nie zbiły się jeszcze w jedną kupę pogiętego żelastwa.

x

Nierozerwalnym elementem krajobrazu indyjskiego są wszelkie stworzenia boże: bezpańskie psy, kozy, osły, świnie, małpy, słonie, bawoły ze świętymi krowami na czele. Od dawna frapowało mnie pytanie dlaczego niektóre z nich, zwłaszcza krowy upodobały sobie najruchliwsze drogi na legowisko. Im większy ruch tym dla nich lepiej. Wyjaśnienie okazało się proste. Pęd pojazdów przegania gnębiące je insekty. Święte krowy, (według różnych szacunków jest ich ponad 200 milionów) tarasują drogi wszędzie. Nie ustępują miejsca nadjeżdżającym pojazdom jakby pozbawione były, naturalnego instynktu samozachowawczego. Trzeba je objeżdżać albo czekać aż zniecierpliwione hałasem klaksonów opieszale zejdą na pobocze. Psy i osiołki łatwiej ustępują z drogi. Między innymi z powodu zwierzątek pokonanie dystansu 200 kilometrów autobusem zabiera 6 godzin i więcej.
Żaden kierowca nie odważy się świadomie potrącić zwierzęcia. Można je przegonić, ale nie skrzywdzić. Wbrew utartym na świecie porzekadłom - „Holly cow” - święta krowa nie jest bóstwem. Opieka i szacunek, jakimi otaczają je wszystkie stany społeczne wywodzi sięzarówno z achimsy, moralnej zasady hinduizmu nakazującej poszanowanie wszystkich istot żywych, jak też z mitologii i powodów praktycznych. Hindusi wierzą, że w każdej istocie żywej, nawet w roślinie tkwi „iskra” Boga. Wszystko z niego powstało i do niego wraca w procesie reinkarnacji. Zabójstwo przerywa naturalny cykl narodzin i śmierci. Właściwie wszystko jest „święte”, co w mitologicznej przeszłości miało udział w życiu któregoś z tysięcy nowo narodzonych bóstw. Małpy, pawie, żółwie nawet szczury i jadowite kobry - wszystkie mają swego boga, który się nimi opiekuje. Od ukąszenia kobry ginie w Indiach corocznie ponad 20 tysięcy ludzi. Uciążliwe małpy kradną na straganach owoce. Wyrywają kobietom torebki, z porwanym turyście aparatem fotograficznym uciekają na dach lub drzewo i co im zrobisz? Są złośliwe, odpędzane mogą zaatakować, obrzucić kałem i co gorzej wezwać na pomoc cały tabun pobratymców. Mimo to skrzywdzić i zabić nie wolno. Lepiej z nimi nie zadzierać.
Zabicie krowy jest nie tylko ciężkim grzechem ale i karanym przestępstwem.

Krowa jest wcieleniem tej, która żywiła mlekiem bóstwo w jego dzieciństwie. Jest symbolem żywicielki, matki, opiekunki. Została stworzona razem z braminami, kastą kapłanów, aby mieli wszystko co niezbędne do służby i ofiary bożej. Dostarczają one mleko, masło, skóry, nawóz. Są siłą pociągową w uprawie ziemi. Łajno zmieszane z gliną służy do budowy chat. Na ogniu z wysuszonego kału, kobiety gotują posiłki, popiołem szorują garnki. Kał i uryna mają znaczenie mistyczne i lecznicze. Świętobliwi asceci nacierają nim nagie ciała. Ustawiane w małych czarkach przed ołtarzami, mają popierać prośby modlących się. W czasie świąt hindusi smarują sobie twarze i oblicza symboli bogów masłem. Wierzą też, że aby po śmierci dostać się do nieba, muszą przekroczyć mitologiczną rzekę, a mogą to zrobić tylko prowadzeni przez krowę trzymając ją za ogon.

x

Święte miasto Varanasi w dolinie świętego Gangesu dla zachodniego turysty jawi się jak wyobrażalna wyprawa do wrót piekła. Dla wyznawców hinduizmu, to przedsionek Raju, Nieba, Nirwany. Z najdalszych stron kraju ciągną tu setki tysięcy - miliony pielgrzymów. Dharma, oczyszczająca kąpiel w wodach świętej rzeki to wspólny obowiązek wszystkich kast i odmian hinduizmu.
Święte miasto jest chyba najbardziej zatłoczonym miejscem na świecie. Im bliżej do brzegów Gangesu tym przedzieranie się w tej gęstwinie trudniejsze. Łatwiej natomiast stracić kamerę, portfel, torebkę. Można też stracić nerwy w poczuciu, że z tej gęstwiny pielgrzymów, turystów z całego świata, krów, osłów, psów, bawołów, żebraków, świętobliwych sadhu, przekupniów straganiarzy i złodziejów - nie ma ucieczki.

Najbardziej przejmującym widokiem są starcy. Miesiącami wędrują pieszo by u kresu sił umrzeć. Zalegają uliczki, leżą pokotem czekając na śmierć. Nie ma tu miejsca na odruch ludzkiego współczucia. Nikt nie poda im nawet szklanki wody, bo to byłaby ingerencja w procesie agonii. Na poły są już po tamtej stronie. Zmarłym pozostaje tylko rozbicie czaszki dla uwolnienia ducha i spalenie zwłok. Dzień i noc na nadbrzeżnymi, kamiennymi platformami płoną rytualne stosy.
Ci najbiedniejsi zostaną skremowani na koszt stowarzyszeń charytatywnych. Rodziny przywożące swoich zmarłych płacą za egzekwie. Zwłoki owinięte białym płótnem zanurza się wpierw w wodach Gangesu, po osuszeniu oblane topionym masłem układa się na ukwieconym stosie. Sto osiemdziesiąt sześć lat temu palono też wdowy. Pozwalały „dobrowolnie”, żywcem usmażyć się w dowód miłości do zmarłego męża. Na szczęście barbarzyński zwyczaj został zabroniony.
Do całkowitej kremacji ciała potrzeba więcej niż pół tony „paliwa ostatniej przysługi”. To dobrze prosperujący biznes. Zamiast trumny najbliżsi kupują sąg drewna. Nie wszystkich stać na pełny wydatek. Niedopalone zwłoki biednych wraz z popiołem strąca się do wody, a obok zażywają kąpieli pobożni pielgrzymi, czyszczą zęby i piorą odzież - święty Ganges wszystko i wszystkich przyjmie. Fotografowanie obrzędu kremacji jest zakazane. Turyści starają się obejść zakaz pstrykając z łódek, z dużej odległości teleobiektywami.
Miliony rodzin w Indiach nie stać na transport zwłok swoich zmarłych do Varanasi. Popioły z kremacji wyrzucają do najbliższej rzeki. W najbiedniejszych rejonach wyrobiska z wodą po glinie na lepianki pełne są niedopalonych zwłok, są źródłem groźnych epidemii. Kremacja corocznie pochłania ponad 6o milionów drzew przybliżając katastrofę ekologiczną.

x

Zabytki, zabytki - setki zabytków. Niektóre w ruinach, inne wciąż świecą dawną chwałą, niektóre odnawiane. W Indiach, kolebce jednej z najstarszych cywilizacji na świecie, są pozostałością zespolenia kultury hinduizmu z muzułmańską. Wiele z nich - perły architektury, jak monumentalny grobowiec Taj Mahal, czy zespół 80 świątyń Khajuraho widnieją na liście UNESCO najwspanialszych zabytków architektonicznych na świecie. Natomiast razi nijakość większości budynków w miastach, pozbawionych specyficznych cech odróżniającego je od innych krajów, w których nawet ubogie lepianki wiejskie mają swój odrębny styl.
Zainteresowanie turystów skupia się głównie na wspaniałych świątyniach oraz pałacach, pałacykach, i olbrzymich fortach obronnych. W większości są własnością maharadżów, udostępnione publiczności za opłatą. Pomijam opis zwiedzanych obiektów. Dużo o nich w każdym ilustrowanym przewodniku, mniej natomiast o samych właścicielach, posiadaczach bajecznych fortun.

Maharadża - w dosłownym tłumaczeniu - wielki król. W połowie XIX wieku w Indiach pod panowaniem brytyjskim było 546 maharadżów. Przypuszczalnie i dziś nie mniej, bo władza jest dziedziczna, przechodząca z ojca na syna, a tych nigdy nie brakowało w przywileju posiadania wielu żon, konkubin i kilka setek kobiet w haremie. W rzeczywistości byli to książęta w dawnym podziale Indii na księstwa w systemie feudalnym, który częściowo zachował się do dziś. Niektóre „królestwa” są wielkości jednej wioski z przyległymi terenami rolniczymi. Korzystając z nieograniczonej władzy, maharadżowie byli dosłownie panami życia i śmierci poddanych. Wszystko należało do nich. Poprzez niebotyczne podatki, kontrybucje nakładane na ludność, lichwiarskie dzierżawy ziemi i niewolniczą pracę zgromadzili olbrzymie majątki. Stąd też te wszystkie pałace, letnie, zimowe, pałace myśliwskie, w górach, na wodzie jezior, rezydencje oszałamiające przepychem, którego mógłby pozazdrościć im nie jeden władca dużego państwa w Europie. Prowadząc nieustanne wojny z sąsiednimi budowali też olbrzymie forty. Te prawdziwe fortece obronne w których utrzymywali swoje garnizony, miały też wydzielone kwatery na rezydencję maharadży, jego świtę i harem. Fortuny „wielkich królów” o których od wieków krążyły legendy, w rzeczywistości przekraczają wyobrażenia. Oto niektóre przykłady: W pantoflu jednego z synów Nizama, najbogatszego maharadży Hajdarabadu znaleziono 162 karatowy diament Jacob, o 40 karatów cięższy od największego wówczas na świecie Koh-i-noor’a. Służył mu jako przycisk do papieru. Nizam, najbogatszy (w latach 50. ubiegłego wieku) człowiek na świecie, obojętnie przyjął wiadomość, że szczury zjadły mu w piwnicy olbrzymią wówczas fortunę - dwa miliony funtów szterlingów w banknotach. Nie doznał też większego uszczerbku majątku, gdy w czasie II Wojny światowej wyposażył lotnictwo brytyjskie w dwie eskadry samolotów Hurricane i Tornado. Maharadża Jodhpuru, Umaid Bhawan wybudował w latach 1929 - 1940 największą prywatną rezydencję na świecie, pałac o 347 komnatach. Przez 15 lat, w głodującym Radżystanie 3000 robotników wznosiło ten obiekt „królewskiej” pychy. 19 kilometrowym, specjalnie wybudowanym torem kolejowym dowożono kremowo-różowy piaskowiec i marmur z najbliższych kamieniołomów. W tym „labiryncie” komnat jest między innymi 8 jadalni, salon balowy, kilka salonów gościnnych, olbrzymi basen kąpielowy w podziemiach. Hol centralny przykryty kopułą na wysokości 60 metrów, bez trudu pomieścił 1000 gości zaproszonych na kolację z okazji inauguracji otwarcia pałacu. Można sobie wyobrazić ile wysiłku kosztowało osiemnastoletnią maharani Jodhpuru dotarcie ze swych pokojów na przyjęcie w ceremonialnym płaszczu. Był tak pokryty klejnotami, że ważył więcej niż ona. Mogła poruszać się tylko z pomocą dwóch garderobianych.

Gdy pałac miał się już ku ukończeniu wybuchła II Wojna Światowa. Statek z Wielkiej Brytanii z zamówionymi tam obrazami i dekoracjami poszedł na dno, storpedowany przez niemiecką łódź podwodną. Sfrustrowanemu maharadży z pomocą przyszedł wielki, wszechstronny artysta polski, Stefan Norblin. Znany był w Polsce i na świecie jako wybitny malarz, plakacista, scenograf teatralny, projektant mebli i przedmiotów użytkowych, grafik i ilustrator książek. O portrety w jego wykonaniu zabiegały osoby z najwyższych kół arystokratycznych, politycznych i artystycznych. Malował portrety prezydenta Mościckiego i Marszałka Piłsudskiego. U szczytu jego sławy, w 1939 roku wybuchła wojna. Gdy pierwsze, niemieckie bomby burzyły Warszawę, przedostał się wraz żoną Leną Żelichowską, znaną aktorką filmową do Rumunii i stamtąd do Włoch. Po nieudanym planie następnego wyjazdu do USA lub Brazylii Norblinowie ruszyli w drugą stronę na Bliski Wschód, przez Turcję do Iraku. Tam przyjęty gościnnie, namalował kilka portretów osób z królewskiej rodziny Fajsala II. W 1949 roku skorzystał z okazji do bardziej wówczas bezpiecznych Indii i zatrzymał się w Bombaju. Wiadomość o przyjeździe artysty dotarła do Maharadży Jodhpuru, który zaproponował mu stanowisko nadwornego artysty, projektanta wnętrz i mebli.
Obecnie wnuk Umaid Singh’a zajmuje tylko część pałacu. Resztę przeznaczył na luksusowy hotel i pałacowe muzeum dostępne dla turystów. Tam z niemałym zaskoczeniem i podziwem oglądaliśmy monumentalne freski i obrazy pędzla Stefana Norblina. Tworzył je w niepowtarzalnym stylu łączącym formy europejskiego Art Deco z religijną, mitologiczną tematyką indyjską. Jest to największa kolekcja unikalnych dzieł polskiego artysty na świecie. Dalsze losy twórcy zakończyły się tragicznie. W 1946 roku wyjechał do San Francisco. Tam kontynuował malarstwo portretowe i pracował w firmie projektującej dekoracje wnętrz. Niestety, osiem lat później, w skutek utraty wzroku po chorobie, popełnił samobójstwo.

x

Maharadżowie w demokratycznych Indiach utracili nieograniczoną władzę, ale zachowali majątki i przywileje. Ponieważ należą do najwyższej kasty braminów, wielu z nich piastuje wysokie stanowiska ministrów, doradców w rządzie centralnym i w armii. mają duży wpływ na politykę kraju i nie rzadko wykorzystują to dla własnych korzyści.Część z nich nie stara się o zbytni rozgłos. Inwestując swoje zasoby w różnych korporacjach przemysłowych, nie są zainteresowani ujawnianiem dochodów do opodatkowania. Wciąż żyją w królewskim przepychu. Wystarczy zaglądnąć do złotem kapiących komnat, garaży z kolekcją najdroższych samochodów świata: Rolls-Royc’ów, Ferari, Mercedesów na specjalne zamówienie. Maharadża nie zasiada za kierownicą, chyba, że na przejażdżkę samochodem sportowym na polowanie. Podróżują własnymi samolotami i prywatnymi pociągami. Widziałem z zewnątrz skład kilku wagonów pokrytych ornamentami ozdób ze złota. Premier Indira Gandhi w początkach lat 70. ubiegłego wieku starała się ograniczyć przywileje „ Wielkich królów” uważając, że są nadmiernie bogaci. Między innymi posłała poborców podatkowych do maharadżów Jaipuru. Znaleźli oni w piwnicach pałacowych złoto wartości 4 milionów funtów i skrzynie wypełnione drogimi kamieniami.
Najbardziej zadziwia, że bijące w oczy bogactwo, ekstrawagancja stylu życia w otoczeniu skrajnej biedy nie powoduje żadnych protestów wegetujących ludzi. Przeciwnie maharadżowie cieszą się powszechną estymą i poważaniem. Żeby to wytłumaczyć trzeba znów przypomnieć sobie wierzenia hinduizmu. Nikt za życia nie może zmienić swego statusu kastowego. Tylko poprzez inkarnację w następnym wcieleniu, można osiągnąć stopień wyższy, polepszyć sobie byt. Wszelki bunt jest więc pozbawiony sensu i jest przyczyną powszechnej apatii warstw niższych. Religia skutecznie broni interesy najbogatszych.

x

Co z tą demokracją w Indiach szumnie nazwaną największą na świecie? Liczba osiemset czternastu milionów uprawnionych do wolnego głosowania w ostatnich, kwietniowych wyborach 2014 roku, istotnie czyni ją największą. Indie mają postępową konstytucję uchwaloną 26 listopada 1949 roku, dwa lata po odzyskania niepodległości. Jest państwem świeckim. Artykuł 17 konstytucji znosi system kast i pojęcie „niedotykalności”. Wszyscy są równi wobec prawa. Dyskryminacja najbardziej upośledzonych warstw ludności jest przestępstwem. Prawo – prawem, a życie robi swoje korekty. W praktyce większość Hindusów uznaje wciąż system kastowy. Nie odgrywa on już takiej roli jak dawniej jako siła wiążąca członków kasty we wspólnocie. Większe znaczenie ma dziś podział na kastę bardziej bogatą. W jednorodnej masie ludzkiej tworzącej kastę wydziela się bogatsza i bardziej wpływowa grupa elitarna wykorzystująca przynależność kastową do osobistych korzyści. Najniżej stojących „niedotykalnych” zatrudnia się jako służących, zamiataczy - najwyżej jako pomocników kleryków, urzędników najniższego stopnia.
Indie są państwem świeckim, ale przemożny wpływ religii z powiązanym z nią systemem kastowym bije w oczy na każdym kroku. Można stwierdzić, że są to największe zagrożenia indyjskiej demokracji, której nie można oceniać miarą Zachodniego świata.

x

Z naocznymi przykładami rosnącej trzeciej potęgi gospodarczej dla zwykłego turysty po raz pierwszy w Indiach jest podobnie jak z anegdotycznym opisem konia - ... jakie są Indie każdy widzi. Turysta widzi wspaniałe świątynie i pałace. Widzi, że na drogach tłok, że św. krowy gubią placki łajna, że bród, śmieci, smród, że kolorowe sari na pięknych kobietach, że ludzie są uprzejmi i przyjaźni, ale i dużo żebraków i natrętów usiłujących coś sprzedać. Rozwój gospodarczy? To czysta abstrakcja - niby jest, bo mówiono o tym w TV, ale go nie widać. Widać natomiast mrowie biednych ludzi. Żeby zobaczyć nowe zakłady przemysłowe, wytwórnie, kopalnie, przemysł samochodowy trzeba by zboczyć z utartych szlaków turystycznych, a tego biura podróży nie przewidują. Nade wszystko, by oceniać i interpretować, co się widzi trzeba posiąść przynajmniej minimum wiedzy o tym kraju, najlepiej przed podróżą. Wystarczy wystukać odpowiednie hasło w komputerze. Można dowiedzieć się, że nie ma już umierających z głodu ludzi. W 1943 roku w Zachodnim Bengalu zmarło z głodu 4 miliony ludzi. Był to czas II Wojny Światowej. Kto o tym wówczas pamiętał? Ze skrajnej nędzy kraj wyprowadziła Indira Gandhi, a żebracy w większości zawodowi i fałszywi sadhu to pozostałość tamtych lat. Pozostałością biedy wciąż jeszcze jest 300 milionów ludzi żyjących poniżej granicy ubóstwa.
Jeden z moich kolegów po fachu, o rok ode mnie starszy dziennikarz, Wojciech Giełżyński globtroter, znakomity reportażysta, autor wielu podróżniczych książek powiedział kiedyś: „Aby napisać coś o Indiach trzeba być tam wiele lat, ale i po dziesięciu trudno wszystko zrozumieć. Indie są chyba bardziej skomplikowane niż jakiekolwiek inne miejsce na świecie. Trzeba przede wszystkim porzucić nasze miary i to, co nazywamy zdrowym rozsądkiem, bo my do miary wprzęgamy rozum a tam wiarę.”

Tych kilka stron z notatnika mojej podróży to zaledwie skrawek wiedzy o rozwijającym się, najbardziej zaludnionym kraju świata.>

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji