nr. 56
VICTORIA, BC,
PAŹDZIERNIK 2014
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Tango
Teatr Polski
Vancouver
28 listopada

60 jubileusz
Domu Polskiego


ARTYKUŁY

Od Redakcji

Ewa Caputa-
Uciszcie go

ks. Popiełuszko

Edward Potkowski-
Pierwsze księgi
w Polsce
Magdalena Hen-
Luzjana

kupiona od Francji

Józef Han-
Dziennik

ciąg dalszy (7)

Lidia Mongard-
Dąb

i żołędzie

Ewa Caputa-
Polska szkoła
w Victorii

Joanna Jedrzejewska
Polskie szkoły
w Kanadzie

Ewa Caputa-
Zwyczje grzebalne
Prasłowian

Anna Poulton-
Czczenie zmarłych
w Japonii

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 11

Wspólne Niebo
Kosmos Aborygenów
galeria Stron

Rozmaitości

Poznań zaprasza
reklama

Indeks autorów

Ewa Caputa


Uciszcie go




Uciszcie go - powiedzieli zwierzchnicy – nie obchodzi nas, jak to zrobicie. A księdza Jerzego Popiełuszkę uciszyć się nie dawało, choć tak bardzo zależało na tym aparatowi władzy. Dlaczego? Bo ksiądz Jerzy Popiełuszko był głosem narodu. Z ambony, wygłaszał kazania i w bardzo spokojny sposób, zachęcał wiernych do pokojowego buntu wobec totalitaryzmu. W homiliach dodawał ducha uciśnionym. Był ich opoką. Rozsierdzało to najważniejsze głowy komunistycznego państwa, a może nawet ich zwierzchników? Losami ks. Jerzego Popiełuszki interesował się agent KGB rezydujący w Warszawie. Może to on pociągał sznurki tej zbrodni? A może tylko bacznie obserwował sytuacje panującą w Polsce?
A było się czemu przyglądać, gdyż w nadwiślańskim kraju panował stan wojenny. Rozbita „Solidarność” zeszła do podziemia, jednak księdz, o charyzmie, która wyniosła go z małej wsi na ambonę warszawską nawoływał, by się nie poddawać. Kościół, pod wezwaniem Św. Stanisława Kostki w Warszawie, w którym spełniał posługę ksiądz Jerzy Popiełuszko, wypełniony był co niedzielę po brzegi, a już 13-go każdego miesiąca, gdy ksiądz Jerzy celebrował Mszę za Ojczyznę, którą odprawiał na niechlubną pamiątkę wybuchu stanu wojennego z 13 grudnia 1981 roku, przyciągał wielotysięczny tłum. Na msze te zjeżdżali do Warszawy ludzie z całej Polski: dorośli i młodzież, babcie i wnuki, robotnicy, rolnicy, inteligencja, uczniowie i studenci; ludzie z najróżniejszych części kraju ze wsi i z miast. Bez względu na pogodę, każdego 13-go wokół żoliborskiego kościóła stały tłumy, które nie dostały się do środka.
A ksiądz Jerzy z ambony mówił im, że dobro zawsze zwycięża, że trzeba tylko mieć ufność i wiarę. Że nie wolno tracić nadziei. Że każdy człowiek ma prawo do wolności. A gdy na zakończenie mszy śpiewali ludzie
„...ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie...” to głos ich silny niósł się przez cały kraj. Nic dziwnego, że niepokorny (wobec komunistycznych władz), nieposłuszny ksiądz budził niepokój władzy.
Sprawą Kościoła w komunistycznej Polsce zajmowało się MSW, (Ministerstwo Spraw Wewnętrznych). Ministrem był Czesław Kiszczak, człowiek, z którego polecenia najprawdopodobniej działało trzech funkcjonariuszy IV Departamentu do spraw wyznań i mniejszości narodowych. Otrzymali od niego rozkaz uciszenia kapelana podziemnej „Solidarności”, księdza Jerzego Popiełuszkę. (Uciszyć, czyli zabić. Polskie służby specjalne i organy partyjne posługiwały się specyficzną nowomową pełną eufemizmów, nie do końca precyzujących treść wypowiedzi.) W miarę upływu czasu, ksiądz Jerzy stawał się coraz bardziej wpływowym wrogiem komunizmu, jawnie wzywając do pokonania Szatana.
W ramach uciszania kapłana, 13 października 1984 roku na szosie między Trójmiastem, a Warszawą miał miejsce pierwszy, nieudany zamach na jego życie. Plan zabicia księdza się wówczas nie udał, bo był źle zaplanowany. Drugi zamach, przygotowany lepiej, doszedł do skutku, ale nie do końca.
Ciemną październikową nocą (18 października 1984 roku), po uroczystej mszy i spotkaniach z wiernymi w kościele Braci Męczenników w Bydgoszczy, na trasie Bydgoszcz – Toruń, w okolicach Górska, samochód wiozący ks. Jerzego został zatrzymany przez rzekomo milicyjny patrol. Kierowca wysiadła z auta na żądanie funkcjonariusza MO, a ten pod pretekstem sprawdzania alkoholu we krwi, odprowadził go do swojego samochodu, wepchnął go siłą do środka, zakneblował i zakuł w kajdanki. W tym czasie dwaj mężczyźni w cywilu wywlekli z auta ks. Jerzego i zaczęli go okładać drewnianymi pałami. Pobitego wrzucili do bagażnika, wsiedli do auta i ruszyli w dalszą drogę w kierunku Warszawy. W pewnym momencie samochód zaczął nawalać. Zjechali w boczną drogę, by sprawdzić co z silnikiem. Ksiądz wyskoczył z bagażnika,próbując uciec. Oprawcy złapali go, ułożyli na kapie i bili pałami do nieprzytomności. W końcu zawiązali tak, że przy najmniejszym ruchu pobity zaciskał sobie pętlę na szyi. Dojechali do tamy we Włocławku. Załadowali ciało do worka i obciążając kamieniam wrzucili do Wisły z wysokości 16 metrów. (Sekcja wykazała, że ksiądz umarł na skutek uduszenia). Po wykonaniu ważnego służbowego zadnia, z nadzieją awansu, albo premii oficerowie MSW wrócili do swoich domów.
Ich zbrodnia nie miała nigdy wyjść na jaw. Ksiądz zostałby uznany za zaginionego, prawdopodobnie nie znaleziono by zwłok. Los jednak sam pisze scenariusze.
Tak stało się i w tym wypadku. Z pędzącego samochodu uwożącego ich w nieznane wyskoczył kierowca auta wiozącego księdza, jego przyjaciel, Waldemar Chrostowski. Upatrzył sobie do skoku takie miejsce, by zobaczyli go jacyś ludzie. Udało się. Dzięki pomocy świadków tego karkołomnego skoku Waldemar Chrostowski zameldował proboszczowi w najbliższej od miejsca skoku parafii o porwaniu ojca Jerzego. Potrafił opisać wygląd sprawców. Szybko ustalono numery rejestracyjne wozu należącego do MSW. Sprawcy zostali aresztowani, ale wydawało im się, że są chronieni przez zwierzchników, że dzieki odgórnej opiece znajdą się poza prawem. Stało się inaczej, gdyż istniał świadek ich zbrodni. Nie pomogło zostawienie orzełka z milicyjnej czapki w miejscu porwania, co miało podejrzenia o uprowadzeniu skierować w stronę MO. Agenci MSW trafili za kratki.
Zabraklo oczekiwanej protekcji. Traktowani byli jak zwykli przestępcy. Więziono ich i przesłuchiwano. Jeden z nich, załamał się w trakcie śledztwa i opowiedział dokładnie, jak oficerowie MSW się do tej zbrodni przygotowywali i jaki był jej przebieg. On też wskazał miejsce utopienia zwłok.
Zbrodniarze stanęli przed sądem. Choć prokurator domagał się kary śmierci, zabójcy kapłana otrzymali tylko wysokie wyroki, które wkrótce zostały zmniejszone, a w końcu obięła ich amnestia i czterej oficerowie służb specjalnych stali się wolnymi ludźmi. Ich jedyną gwarancją było milczenie. Bali się o swoje bezpieczeństwo nawet w więzieniu. Jeden z nich zmienił nazwisko i poddał się operacji plastycznej, by zapewnić spokój i bezpieczeństwo sobie i swojej rodzinie.
Mimo, że w wolnej Polsce w 1994 roku przeprowadzono jeszcze jeden proces w sprawie tego bestialskiego mordu nikt z rządzących wówczas, a odpowiedzialnych za tę zbrodnię nie został pociągnięty do odpowiedzialności.
Grób księdza Popiełuszki na dziedzińcu kościoła Św. Stanisława Kostki w Warszawie jest niezmiennie tłumnie odwiedzany przez wiernych. Od pogrzebu, w którym uczestniczyło 500 tysięcy ludzi, miejsce spoczynku błogosławionego Księdza Popieluszki stało się celem pielgrzymek. Wierni modlą się do księdza, który ciągle do nich przemawia. Od Jego męczeńskiej śmierci minęło 30 lat, ale nadal w wielu uszach brzmią jego słowa. >

Do napisania tekstu korzystałam z książki Zbigniewa Branacha. pt. Piętno księżobójcy. Agencja Certa. wyd. III


  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji