nr. 51
VICTORIA, BC,
marzec 2014
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Younger
Than Yesterday
Dom Polski
11 kwietnia

Opiekun
Polskiego Domu
Poszukiwany


ARTYKUŁY

Od Redakcji

Józef Hen -
DZIENNIK

ciąg dalszy

Ewa Korzeniowska -
Pytanie o
Insurekcję

kościuszkowską

Magdalena Hen-
Na Krymie

jest inaczej

Teodozja Lisiewicz -
Dulębianka
Bojowniczka o prawa
kobiet

Lidia Mongard -
Wiosenne Zieleniny

z cyklu Botanika
stosowana

Co słychać
w muzeum

RBCM

Bogusław Woźniczka -
Topienie Marzanny
fotoreportaż

Memoriał
Bronka Czecha
fotoreportaż

Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 6

Rozmaitości


Indeks autorów

Józef Hen

DZIENNIKA ciąg dalszy (2)

X

Londyn, lipiec 2008. Kupiłem w Warszawie specjalny notes na pobyt tutaj, ale już wiem, że nic weń nie wpiszę, nie jestem już chłonącym wrażenia podróżnikiem, ten Londyn to jest dalszy ciąg warszawskich niepokojów, warszawskich rozterek, warszawskich powiązań. Niepokój o Renę, którą podjęła się odwiedzać sąsiadka, może wpadnie Maciek, Rena jest trudna, wiadomo. Łapię się na tym, ze chwilowo o tym nie pamiętam, oboje z Ewą zmęczeni, ja bardziej, mam swoje kłopoty, techniczne, idzie o moje nieprzystosowanie do Londynu – jest inny niż trzydzieści lat temu, w październiku 1978, byłem w nim przez pięć dni, ot, żeby go doświadczyć, wtedy jeszcze, w porównaniu z dzisiejszym Londynem, było w nim coś niemal wiktoriańskiego. Pięć niezapomnianych dni. (Dzielę się z czytelnikiem moim doświadczeniem: żeby pobyt był „niezapomniany”, musi być krótki). Holował mnie Bolesław Sulik, zaprowadził do BBC (Bushouse, London), tam spytali, czy zgodzę się na rozmowę, na żywo, zgodziłem się, uznali to za akt odwagi, no, powiedzmy niezależności, to byli świetni radiowcy, ze znakomitą polszczyzną, niepewni, czy ich w Polsce ktoś w ogóle słucha. Słuchają, zapewniłem. Już po rozmowie, kiedy gawędziliśmy sobie w gabinecie kierownika za szklanym przepierzeniem, przybiegli angielscy dziennikarze z gratulacjami: Polak dostał literackiego Nobla! – Polak? Nobla? Kto? – Isaac Bashevis Singer, „born in Poland”. Zaczęło się telefoniczne poszukiwanie Singera po całej Ameryce, złapano go w końcu na Florydzie, w Miami. ( W kilka dni później Polak został papieżem, byłem wtedy w Paryżu, w gościnie u Giko (Emil Guikovaty, dziennikarz z „L’Express”), dzwonią do niego z redakcji: napisz coś, Giko do mnie: powiedz co wiesz, coś osobistego, coś wiedziałem, niedużo, coś o jego aktorstwie u Kotlarczyka, o zamiłowaniach sportowych, Giko się dzięki temu jakoś wywiązał).
Tak więc Londyn jest inny, trochę już nie dla mnie, zakodowany, zakomórkowany, zautomatyzowany i monitorowany. W metrze, którym jedziemy z Ewą całą godzinę z lotniska w Heathrow na Leicester Square, wśród pasażerów przeważają tęgie czarnoskóre kobiety, jest też skośnooka rozmowna dziewczyna z Australii („Obstawiam Filipinkę”, mówię do Ewy), dwaj młodzi rozgadani Arabowie, jeden z nich z dużym krzyżem na swetrze (Liban? Chce tym powiedzieć: ja jestem inny?), wchodzi Arab trzydziestoletni, tez w swetrze, ale ten rzuca ponure spojrzenia („Al.-Kaida, mówię do Ewy, popatrz na tę jego zieloną paczuszkę, którą tuli do siebie, to bomba, zaraz nas wysadzi w powietrze”), on, jakby wyczuł, że mówię o nim, rzuca groźne spojrzenie, wchodzi wysoki, sympatyczny młody mężczyzna z książką pod pachą, otwiera ją i czyta na stojący („ czyta moje „Bruliony” - mówię do Ewy – zaraz poprosi o autograf”; Ewa wybucha śmiechem). Leicester Square? Pamiętam, byłem tam 30 lat temu, dość tym poruszony, bo wymienia się tę nazwę w śpiewanej przez żołnierzy brytyjskich „It’s a long way to Tipperary, It’s a long way to go…” Ewa nie zna tej piosenki, nigdy jej nie słyszała, inne pokolenie, inna Anglia. (Gdzie jest to Tipperary? W Irlandii, objaśnia mnie Patrick Finn, mąż Mai Cybulskiej. A więc jest to wprawdzie piosenka sentymentalna, ale w gruncie rzeczy „imperialistyczna”).

Teraz jestem sam. Mogę odnotować niektóre wydarzenia warszawskie. Z Marzeną umówiliśmy się w restauracji „Fiesta”, meksykańskiej, przed jej podróżą do Meksyku. Przyniosłem jej „Meksyk” E.E. Kischa. Przeglądałem w związku z tym „Nad zatoką meksykańską” Aldousa Huxleya, którą zdobyłem w Lublinie w 1944 roku i przewiozłem przez wszystkie kwatery wojskowe, front nad Nysą, i wciąż do niej zaglądam. Ale pomyślałem sobie, że ta książka refleksji, książka mędrca zaniepokojonego naszą przyszłością, na razie jej się nie przyda, potrzebne jej są konkretne informacje.
Odnotowuję spotkanie w starej Bibliotece Uniwersyteckiej z adeptami sztuki scenariopisarskiej (jeśli to można uznać za „sztukę”, lepiej wyrazić się słowem „umiejętności”). Prowadzi p. Roman Kurkiewicz. Na sali mężczyzna, który przypomniał mi nasze spotkanie w banku, wszedł tam za mną, by ofiarować mi kwiat mimozy. Teraz wspomniał o adaptacji (bo o adaptacje pytano) „Życia Kamila Kuranta”: „zderzenie dwóch osobowości”. Powiedziałem, że zawsze robiąc adaptację, myślę, co by powiedział autor, czy by ją zaakceptował? Uniłowski, Nałkowska – na pewno byśmy się dogadali; Iwaszkiewicz z uznaniem przyjął zuchwałą przeróbkę „Lata w Nohant” - ja, będąc na jego miejscu, pewnie bym się buntował. Ponieważ p. Kurkiewicz powiedział, że jestem szczęśliwym człowiekiem, z sukcesem w każdej dziedzinie, zaprzeczyłem: „Ależ ja mam pełno porażek – czasem takich, że musiałem wycofywać z czołówki nazwisko”.
Uzgodniliśmy z p. Kurkiewiczem rozmowę w TOK FM o „Pingpongiście”. P. Kurkiewicz , tak jak obiecał, przeczytał książkę starannie, nawet więcej niż starannie, bo z przejęciem, cytował podczas prawie godzinnej rozmowy różne bardziej znaczące, według niego, fragmenty – nareszcie świetny odbiorca. Czy ktoś tego słuchał – nie wiadomo, może poszło w eter bez odbioru. Bo kiedy czekałem w korytarzyku na swoją kolej, nadano wiadomość, że w wypadku samochodowym zginął Bronisław Geremek. Tragiczny, niezrozumiały wypadek. ( O nekrologach, wypowiedziach, o tych, którzy uznali, że muszą przy tej okazji zaistnieć, nie będę wspominać. Jednak stało się coś, czego najbardziej pesymistyczni oceniacie „polskiej duszy” nie przewidzieli: oto tłum opętanych fanatyków domagał się przed kościołem św. Anny, by odprawiono mszę dziękczynną za śmierć profesora Geremka.)

Londyn, c.d. (odnotowane już w Warszawie, 27 lipca, w niedzielę).
To, co w tym jest nowe, niezwykłe nawet, że Londyn, w ciągu tych kilku dni pobytu w Warszawie , nie oddalił się ode mnie, nie stracił barw, wciąż we mnie jest, wciąż go odczuwam, w jakiś absurdalny sposób tęsknię za nim. (Tak bywa, kiedy nie musi się ubiegać o pracę, zarabiać na życie, kiedy tylko się pieniądze w y d a j e , nawet jeśli musi się liczyć z każdym groszem). I chwilami mam uczucie, że zmarnowałem mnóstwo życia nie zahaczając częściej o Londyn, nie wrósłszy w niego bardziej, choćby jako do tła jakiejś prawie kryminalnej fabuły. Stary, przestań gderać. Do rzeczy.
Rano z Madzią śniadanie hotelowe (mniejsza o jakość). Nadchodzi Ewa, pokaże nam teraz wszyściutko, w czym obracała się przez te trzy lata studiów. (Boże, jak to zleciało! Nam – nie jej, która wciąż coś zaliczała). Wczoraj z Ewą krążyliśmy wokół placu i ulicy Russella (ale nie Bertranda, jak się spodziewałem, ale jego dziadka, premiera w czasach królowej Wiktorii). Dzisiaj jest najpierw Fleet Street, ulica prasy – to tu grzmiał za długim stołem doktor Samuel Johnson – ulica tak mi znana, jakby była gdzieś w pobliżu Wiejskiej. Trochę medytujemy przy bibliotece jej college’u, a potem wzdłuż Tamizy do Waterloo Bridge, koniecznie musimy Ewie zrobić zdjęcie na moście, ona opierając się o balustradę patrzy hen w dal, gdzieś daleko wyłania się z mgieł Big Ben, widać Tower – zdjęcie dlatego, że Ewa codziennie przez ten most szła spacerkiem na drugi brzeg rzeki na zajęcia. Wyobrażasz sobie, dziadku, co to było? Zrealizowało się coś mało prawdopodobnego. Ewa wspomina tutora – był zainteresowany nie tylko jej postępami, ale i samopoczuciem. Żadnych zawiści, żadnych intryg. Niektórzy podziwiają ją także za nazwisko: Ewa Infeld, wnuczka współpracownika Einsteina. Na drugim roku wybierają ją, cudzoziemkę, na „presidenta” klubu studenckiego. Pewnie byli z jej prezydentury zadowoleni, bo w następnym roku ponawiają wybór.
A potem Ewa prowadzi nas do Covent Garden (tu się kłania pan Pepys). Ogromna hala ( którą stara się skromnie przypominać Hala Mirowska), otoczona krużgankami, w dole, pod nimi – restauracyjki, beztroska, a ton nadaje śpiewak (tak, śpiewak – nie piosenkarz) cudownie podtrzymujący kontakt z tymi przy stolikach, oklaski, śmiechy, on podając ramię jakiejś nobliwej starszej pani pomaga jej zejść, wciąż śpiewając klęka przed nią dwornie, jakoś tak, że to nie staje się kabotyńskim wygłupem, kiczem, ale wytwornym gestem. Ten Covent Garden, sympatyczna beztroska, ten błaznujący z klasą śpiewak (może z tutejszej słynnej opery) , to – wyznaję - było najtrwalsze wrażenie w zetknięciu z Londynem. Coś tak bardzo innego. Współczesne, a zarazem jakby z innej epoki. Jak czereda błazeńska ze „Snu nocy letniej” – nie ateńska, jak przyjmowano, ale – jak przekonuje nas amerykański eseista Grünblat – z szekspirowskiego Stratfordu.
Wreszcie – uroczystość Graduation. Docieramy metrem do Barbican. Schodami na dziedziniec, pełen fotografujących się absolwentów w togach, najczęściej ci matematycy to Hindusi, wszyscy z aparatami cyfrowymi, ja ze starą praktiką. Zbieramy się w ogromnej sali, publiczność rozsiadła się amfiteatralnie, zgodnie z wykupionymi (tak!) biletami. My z Madzią gdzieś daleko, rząd „Dżej”. Wywołują kolejno absolwentów, wreszcie słyszymy, że proszona jest „Ewa Dżoana”. Dostaje dyplom, dalej będzie studiować w Cambridge („Program Part III” z matematyki, tak prestiżowy, że nie chcą go nazywać magisterką, chociaż nią jest), a później w słynnej London School of Economics.
Po uroczystości można w tłoku zjeść trójkątne kanapki (bez smaku) i wypić wino. Ewa, po kilku wesołych rozmówkach, zwraca togę.

Odprowadzamy Madzię na King Cross Station, skąd pociągiem – przez tunel pod kanałem – wprost do Paryża. Ewa z rzeczami u mnie. Odwiedzamy kilkupiętrową księgarnię, gdzie Ewa kupuje jakąś matematyczną książkę, której tytułu nie umiem powtórzyć.

W Heathrow byłem jedynym pasażerem – może w dziejach tego lotniska – któremu pozwolono nie zdjąć butów do kontroli. Kiedy surowa strażniczka nakazała mi: „The shoes!”, zrobiłem żałosną minę. „Tak trudno je założyć… - Dodałem: - Mam osiemdziesiąt pięć lat”. Coś w tej strażniczce drgnęło, przywołała skośnookiego kolegę z instrumentem do kontroli, strażnik zdobył się na to, by przykucnąć koło mnie, przesunął tym wihajstrem (słowo, które przewinęło się podczas okupacji) wokół moich trzewików. Nie znalazł bomby! Byłem wolny. Podziękowałem rozumnej strażniczce i dołączyłem do Ewy, która sznurowała swoje długie cholewki.
Na tym kończą się moje relacje londyńskie. Zapewne więcej się zapisało w mózgu niż na papierze.

 CDN


Książki Józefa Hena
dostępne w bibliotece Domu Polskiego w Victorii:

Nowolipie, (wpomnienia).
Błazen wielki mąż, (biografia).
Kwiecień, (powieść).
Ja Michał z Montaigne, (biografia).
Mój przyjaciel król, (biografia).
Milczące między nami, (powieść).
Bruliony profesora T. , (powieść).
Pingpongista, (powieść).
Dziennik na nowy wiek.
Nie boję się bezsennych nocy.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji