nr. 49
VICTORIA, BC, styczeń 2014
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Zabawa
Walentynkowa
Dom Polski
8 lutego

Zebranie
Sprawozdawczo
wyborcze
Dom Polski
23 lutego


ARTYKUŁY

Od Redakcji

Ks. Paweł Szczur -
Czas jest darmowy

Noworoczne przesłanie

Stefan Bratkowski -
Powstanie Styczniowe

felieton

Ewa Korzeniowska-
Emily Carr

najważniejsza
kanadyjska malarka

Bernard Małecki -
Zegary - Kalendarze
Tik! Tak! Tik! Tak!

Lidia Mongart -
Rozmaryn

z cyklu Zioła

Intryga - rozmowa
z profesorem

Mirosławem Krawatem

Pokłosie
Polski film

na festiwalu w Victorii

Zebranie
Sprawozdawczo
Wyborcze
Dom Polski,
24 lutego


Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 4


Rozmaitości


Indeks autorów

Przepisala ECK

Trędowata
nowa wersja cz. 4


W ogrodowej altanie przy stoliku siedziała Lucia Elzowska ze swą nauczycielka i słuchała wykładu z literatury. Stefcia opowiadała o początkach piśmiennictwa w Polsce. Cytowała przy tym fragmenty różnych wierszy. Lucię śmieszył i intrygował starodawny język.
- Czy ty Luciu nigdy nie uczyłaś się historii literatury polskiej? - spytała Stefcia widząc wielkie zaciekawienie dziewczynki.
- Trooochę, ale bardzo mało. Poprzednia nauczycielka, Klara, mówiła, że to, co w polskiej literaturze, to się nie liczy. Liczy się zagraniczne i dziś, a nie wczoraj. Ona mówiła, że trzeba się uczyć obcych języków i czytać literaturę różnych krajów w oryginale, ale najlepiej czytać literaturę francuską.
- Czy pani Klara jest Polka?
- Tak, ale mieszka we Francji. To wielka arystokratka, przesiąknięta naszymi poglądami.
- A jakie są wasze poglądy?
- Nie wiem czy potrafię wytłumaczyć… nie umiem tego powiedzieć.
- To ja ci pomogę. Polegają na tym, aby lubić wszystko, co zachodnie: angielskie, francuskie, niemieckie, tylko nie polskie. Prawda?
- Skąd pani to tak dobrze wie?
- Trochę się domyślam. Czy twoja mama też tak uważa?
- No oczywiście. Mama nie czyta nic po polsku, ze mną rozmawia tylko po francusku, jak jest wściekła to po angielsku. Mama woli zagranicę.
- A twój dziadek?
- Wręcz przeciwnie. Dziadek lubi Polskę, choć okropnie na nią psioczy, ale jest super. Noo i często kłóci się o Polskę z mamą. Mówi, że to wstyd zapominać o narodowości. Człowiekowi powinno być bliskie to, co własne. Ale mama tak nie myśli.
- Twój dziadek to zacny człowiek.
Pani się podkochuje w moim dziadku?
- Nie, ale szanuję go i ufam w jego rozum.
- I dziadzio panią lubi, ja to widzę. Ale… i Waldi jest tych samych poglądów. Dlaczego pani go nie znosi?
- Luciu, ale pan Waldemar mnie wcale nie obchodzi.
Lucia odrzekła ze śmiechem: - Wie pani, że między mamą i Waldim wieczne kłótnie. A teraz jeszcze pani. Biedny Waldi!
- Kończmy już tę lekcję – przerwała Stefcia. Masz jeszcze napisać wypracowanie.
Lucia zarzuciła jej ręce na szyję i rzekła pieszczotliwie:
- To jutro, moja droga pani. Dziś nic nie napiszę, czuję to. Tak mnie pani zachwyciła polską literaturą, że o niczym innym nie mogę myśleć. Musi mi pani dać do czytania coś polskiego, a wszystkich Amerykanów i Francuzów schowam na dno szuflady, niech ich tam mole zjedzą.
- Nie można popadać z jednej skrajności w drugą. I Obcą literaturę też powinnaś znać.
- Ale naszych więcej, prawda? Dziś powiem o tym dziadziowi
i Waldi, będą zadowoleni. Waldi zawsze mnie nazywa papużką… Często przyjeżdżał i pytał: „Cóż tam papużkę nauczyli nowego?” Mama zaraz się obrażała, a panna Klara podlizując się mówiła milutko: „Vous plaisantez, monsieur le comte.” Bo ona nazywała go hrabią. Ale Waldi odpowiadał niby grzecznie, ale był wściekły: „nie jestem żadnym comte! Proszę to sobie zapamiętać.
- A co na to panna Klara?
- Obrażała się. Do mnie mówiła „Votre cousin est detestable. Iln’est pas sage.” I przez parę dni nie wychodziła do niego. Ale potem było znowu : monsieur le comte, a Waldi ją przestrzegał. Tak trwało ciągle.
- Widocznie pan Michorowski uważa za ulubiony sport dokuczanie nauczycielkom – rzekła Stefcia z przekąsem.
- Ależ co znowu. Waldi nienawidzi panny Klary, a ona się w nim kochała, ja wiem. Panna Klara jest starą panną, ale jeszcze cięgle w pretensjach. Jak tylko Waldi przyjeżdżał to fryzowała się i pudrowala. Taką miała tapetę na buzi, że puder jej na bluzkę spadał. Waldi się z niej okropnie wyśmiewał. Razu pewnego przyszła tak mocno upudrowana na obiad. Opowiadała o tym, że byłyśmy oglądać młyn, jaki w pobliżu pracuje w majątku. Waldi był na coś wściekły i powiedział bez wahania: „To po pani widać.” – „Dlaczego?” – spytała. – „Bo pani cała w mące”. Wtedy gniewała się na niego cały tydzień.
Stefcia wzruszyła ramionami pomagając Luci złożyć książki i myślała o smutnej doli nauczycielki, która w dodatku jest starą panną. O pannie Klarze słyszała już wiele rzeczy: kpili sobie z niej wszyscy, ile chcieli. Kiedyś być może ją będą tak wyśmiewać, choć nie jest starą panną.
A Lucia powolnym głosem mówiła dalej, kręcąc jasną głową:
- Chciałabym się kiedyś zakochać, wie pani? To musi być przyjemne. Ale w kim? W Słodkowcach nie ma kandydata. Chyba pan Ksawery. Ha! Ha! On ma za dużą łysinę i mówi do mnie ”moje dziecko”. Bardzo tego nie lubię. Jest tu w Ożarowie hrabia Treska, ale w nim się nie zakocham, bo ma gapiowatą minę. Zresztą on się zaleca do panny Rity. Właściwie to szalałabym za Waldim, ale on jest moim wujecznym bratem. Jest bardzo przystojny i super, ale za poważny, czasem tylko się zapomina, gdy jeździ motocyklem lub pływa na desce i wtedy dokazuje jak dzieciak.
- Luciu. Przestań myśleć o takich sprawach – jesteś jeszcze dzieciakiem. Jeszcze przyjdzie na to czas. Im później tym lepiej.
- Pani tak mówi, bo sama przeżyła pani przez faceta dużo smutku.
- Skąd wiesz?
- Wiem od mamy.
Stefcia poruszyła głową.
- Mama czasem mi wszystko mówi, a czasem nic. Zresztą czy to coś złego? Przecież nie zawsze musi być taki koniec rozpaczliwy. Czasem zaznaje się dużo szczęścia.
- Ty już o tym wiesz? – spytała Stefcia ubawiona.
Czytam dużo powieści o miłości, ale sama niczego nie doświadczyłam.
Kiedyś spytałam Waldemara, co się wówczas czuje – bo on może już być doświadczony.
- I co powiedział?
Lucia machnęła ręką.
- Ech. Waldi zawsze żartuje. Powiedział mi tak: „Kochać się to jest zupełnie to samo, co odrabiać lekcje z matematyki” – powiedział tak, bo wie, że ja nie cierpię matmy.
Pani mogłaby mi coś powiedzieć, ale pani nie powie. Będę czekać na podobne wiadomości z własnej praktyki.
- Tylko nie zaprzątaj sobie głowy oczekiwaniem. Mówię ci: to za wcześnie.
Lucia zrobiła ruch ręką jakby sobie nagle coś przypomniał i wesoło powiedziała:
- Już wiem! Zakocham się i to bardzo szybko. Może nawet w przyszłym tygodniu. Ma tu przyjechać praktykant, mówił Waldi. On ma takich kilku w Głębowiczach, z dobrych rodzin. I ten, co tu przyjedzie jest podobno z dobrej rodziny, taki, co mu nic nie płaca i on nie płaci. Będzie mieszkał w pawilonie, ale jadał będzie z nami. Chciał się tu dostać syn pani S, ale Waldi go nie przyjął, bo mówi, że to straszny laluś.
- A ten może nie zadowoli twojego gustu? – rzekła Stefcia myśląc o czym innym.
- No zapewne, ale jeśli będzie ładny, to się zakocham.
W tej chwili wszedł do altany młody kamerdyner i rzekł służbiście:
- Jaśnie Pani prosi do stołu.
W Sali jadalnej, stylowej, z sufitem w płyty mahoniowe, wszyscy już byli zebrani. Pani Elzonowska, siedząc w krześle oczekiwała na córkę.
W ręce gniotła serwetę, miała wygląd zirytowany. Poruszała ustami z grymasem i podnosiła jedną brew prędko, co u niej oznaczało niezadowolenie. Obok niej siedział pan Maciej Michorowski, starzec osiemdziesięcioletni. Szczupły i trochę pochylony robił sympatyczne wrażenie rozumnym wyrazem bladej twarzy ozdobionej siwym wąsem i dwojgiem miłych szarych oczu. Rysami Twarzy przypominał przodków wiszących na portretach holu. Jego łagodny uśmiech mówił: „szanujcie mnie i kochajcie”.
Teraz słuchał wnuka, rozważając każde jego słowo. Staruszek widział w nim odrodzenie swojej młodości. Waldemar oparty o wysoką poręcz krzesła, rozdrażniony ze zmarszczonymi dowodził coś, na co się nie zgadzał, co oburzało panią Elzonowską.
Czwartą osobą przy stole był pan Ksawery, emeryt, stary i łysy, wielki smakosz. Ten widząc, że ordynat nie siada, stał również z miną nieszczęśliwą. Nie zajmowała go rozmowa Waldemara z ciotką: on pożerał oczyma wazę, stojącą na bocznym stole, z której ulatywała woń zupy królewskiej.
Zerkał strapiony na baronowa i na wybrakowanego lokaja. Lecz i ten oczekiwał hasła rozlewania zupy. Nareszcie Stefcia i Lucia weszły. Pani Idalia spojrzała bystro na Waldemara, dając mu do zrozumienia, że czas skończyć rozmowę. Ale ordynat sam umilkł. Prędko podszedł do panien i ucałowawszy Lucię skłonił się Stefci z wyszukaną elegancją.
CDN.

Przejdź dalej

Napisz do Redakcji