nr. 40
VICTORIA, BC, grudzień 2012
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA


Chłopcy
Teatr Polski
Vancouver
10 stycznia


ARTYKUŁY

Ewa Caputa -
Jasełka
w Domu Polskim

Władysław Widział
Ballada o Janku Wiśniewskim

w rocznicę Grudnia 1970

Janusz Mika -
Patriotyzm Polonijny

polemika

Ks. W. Kłos -
Wielka moc tradycji

Wigilijnego opłatka

Ewa Korzeniowska
Droga przez szkło

o witrażach

D. W. Higgins-
Moje pierwsze
Świeta w Victorii

Opowiadanie


A.Makosiński
Fotoreportaż -
Jasełka 2012


ARTYKUŁY

Rozmaitości


Indeks autorów

David Willliams Higgins, przekład ECK

Moje pierwsze święta w Victorii



22 grudnia 1860 roku, siedziałem w pokoju redakcyjnym wychodzącej w Victorii gazety „Colonist” mieszczącym się przy Wharf Street, przygotowując tekst do druku. Mr. De Cosmos, redaktor naczelny i właściciel gazety zapadł na jakieś okrutne przeziębienie i zostałem sam, więc cała robota przygotowywania kolejnego numeru pisma spoczywała na mnie. Nasze biuro redakcyjne było okropne. Był to mały na pół przedzielony pokoik. W jednej jego części było biuro i stanowisko pracy zecerów w drugiej jego części znajdowały się prasy drukarskie. Ktokolwiek nas odwiedzał musiał przeciskać się pomiędzy biurkami, stołami i półkami.
Tego dnia było zimno i wilgotno, tak jak tylko w Victorii być potrafi. Silny wiatr z południowego zachodu wzburzał wodę w zatoce i uderzając z impetem w ściany budynku sprawiał, że bale drewna, z którego był zbudowany, stękały i jęczały jakby w atakach bólu. Z nieba na dziurawy dach spływały kurtyny deszczu, tak, że na biurku redaktora naczelnego zbierała się kałuża, a po podłodze goniły się strumyczki wody. Nie zważając na trudne warunki, siedziałem przy biurku i pisałem kolejny artykuł. W pewnym momencie na moje biurko padł cień, gdy podniosłem głowę zobaczyłem przed sobą kobietę. To był nieczęsty widok w tym mieście, jako, że kobiet i dzieci było tyle, co zębów w kurzym dziobie. Powstałem i zanim kobieta zdążyła się odezwać, zmierzyłem ją od stóp do głów. Miała około czterdziestki, niewysoka brunetka o wielkich oczach czarnych jak węgiel, małe kształtne usta i lekko oliwkowe policzki. Ubrana była zasobnie w kolorową suknię, która według ówczesnej mody umocowana była na drucianej konstrukcji. Gdy się odezwała, okazało się, że posiada głęboki ładnie brzmiący głos. Biorąc wszystko pod uwagę odniosłem wrażenie, że kobieta ta nieźle się prezentowała. Gdy, na jej pytanie poinformowałam ją, że naczelny jest chory, powiedziała, że przyjdzie ponownie i wyszła zostawiając swoją wizytówkę.
Po dwóch dniach pojawiła się znowu. „Czy zastałam redaktora naczelnego?” zapytała. Gdy dowiedziała się, że pana De Cosmos nie będzie jeszcze przez kilka dni, postanowiła ze mną załatwić swoją sprawę, bo jak twierdziła była to rzecz wielkiej wagi. Zapewniłam ją, że jestem do jej usług. Podziękowała i zaczęła swoją opowieść:
„Nazywam się Madam Fabre. Mój mąż umarł w Kalifornii. Jestem Rosjanką. W Rosji jestem księżną. ( W tym momencie zrobiła krótką przerwę, jakby chiała sprawdzić moją reakcję na te wiadomość). Tutaj jestem nikim – tylko Madam Fabre. Wyszłam za maż we Francji. Przyjechaliśmy do Kalifornii. Mieliśmy dużo pieniędzy. Mój mąż zdecydował się je zainwestować w kopalni kwarcu w Grass Valley. Niestety, nie znał się na interesach. Straciliśmy wszystko. Umarł ze zgryzoty. Zostawił mnie z górą długów i z jednym synem, Bernardem, dobrym dzieckiem, tak dobrym jak złoto, bardzo kochanym i posłusznym. Czy mogę go poprosić? Nie odważy się tu wejść bez pańskiego przyzwolenia.”
Oczywiście zgodziłem się. Wychylając się za drzwi kobieta zawołała „Bernard! Bernard! Moje dziecko! Pozwól do nas i przywitaj się z Panem Redaktorem.”
Spodziewałam się zobaczyć sześcio… siedmioletniego chłopca o blond kędziorach, w krótkich spodekach. Ku mojemu zdumieniu, do biura wszedł postawny chłopak w wieku około siedemnastu lat, wyższy ode mnie, z cygarem w ustach. Donośnym głosem, którego pozazdrościć by mu mógł niejeden kapitan statku czy generał, odezwał się pytająco: „Prosiłaś mnie mamo!?”
„Tak kochanie.” Odpowiedziała słodko. „Chciałabym żebyś poznał tego gentelmana.”
„Dziecko” zdjęło kapelusz, zauważyłam, że miał włosy przycięte tuż przy skórze. Po ceremoni powitania bezceremonialnie usiadł na moim krześle. Matka spojrzała z uwielbieniem na syna i po chwili zachwytu dalej zaczęła opowiadać:
„Cały majątek Bernarda został utopiony w kopalniach, ale on jest bardzo słodki i bardzo cierpliwy, i nigdy nie narzeka. Biedny chłopak, to dla niego ciężkie przeżycie, ale nie skarży się. Nieprawdaż synku?”
„Tak mamo,” wydusiło z siebie „dziecko”
„Teraz wyjaśnię panu, w czym rzecz. Tak jak już powiedziałam, straciliśmy wszystko. – mówiąc prawdę nasze dochody zostały zredukowane do tysiąca dolarów miesięcznie. Oboje z synem staramy się być bardzo oszczędni w wydatkach. Oczywiście, chcie-libyśmy być w lepszej sytuacji finansowej, by móc wrócić do Rosji, gdzie będziemy należeć do arystokracji. Nieprawdaż synku?”
„Tak.” Wydusił chłopak zapalając kolejne cygaro.
„Potrzebny mi doradca, więc zwróciłam się do Pierre’a Manciot w Hotelu Francuskim, gdzie się zatrzymaliśmy. On poradził bym zwróciła się do panów redaktorów.”
Przerwała na chwilę swe opowiadanie, by wyciągnąć gazetę z torebki i kontynuowała.
„Po śmierci męża - zostałam z długami i tym kochanym chłopcem („dziecko” gapiło się w sufit na kołka z dymu, które puszczało z upodobaniem). Sytuacja była beznadziejna, aż nagle dokonaliśmy odkrycia. Nasz robotnik pracujący w kopalni trafił na złoże kwarcu. Zamaskował je, nie informując nikogo o swoim odkryciu, nikogo oprócz mnie. Wszyscy udziałowcy dawno się wycofali. Udało nam się jednak kupić od nich wiele bardzo tanich udziałów, a teraz przyjechałam tutaj, by wykupić ich więcej. Jeden Anglik ma ich tyle, że dałoby mu to wielką kontrole nad kopalnią.
– To znaczy z 250 tysięcy akcji jakie zostały sprzedane, ja posiadam 95 tysięcy udziałów, a on resztę. Udało nam się ustalić w Oregonie, że udał się właśnie tutaj.” (Nie bardzo mnie interesowała ta opowieść aż do tego momentu). Przerwała na chwilę, oparła dłoń elegancko odzianą w rękawiczkę na moim ramieniu i po chwili kontynuowała.
„Jest pan światłym człowiekiem.”
Zaprzeczyłem z wrodzoną sobie skłonnością.
„Jestem tylko reporterem.”
„Mnie pan nie oszuka. Wiem, co mówię. Obserwuję pana i widzę, że ma pan wielkie doświadczenie życiowe i umie pan sprawiedliwie oceniać sytuację.”
I tak mówiła przez dziesięć minut nie dając mi szansy na powiedzenie słowa. Zastanawiałam się na jakiej podstawie, ta kobieta wyciąga na mój temat podobne wnioski. Ale czułem, że mi to pochlebia, choć się do tego nie przyznawałem.
Przytrzymując mnie za ramię kobieta mówiła dalej:
„Przyszłam do pana jako do człowieka honoru.” (Wykonałem gest protestu, ale czułem, że wpadam w jej sieci.) „Ufam w pańską szlachetność. W panu cała moja nadzieje. Potrzebuję pańskiej pomocy.”
Byłem na siebie wściekły, że dałem się tak podejść. Już powziąłem decyzję, że jej odmówię, ale nagle podniosłem głowę i zobaczyłam dwa płonące węgle jej oczu, które w mig spopieliły przed chwila podjętą przeze mnie decyzję. Czułem jakby wypalały dziury w mojej duszy; przez me ciało przeleciał elektryczny impuls, który jakby przykuł mnie do tej kobiety. Nie pamiętam dokładnie co dalej zaszło między nami, ale zgodziłem się na umieszczenie w gazecie jej ogłoszenia, które składało się z wycinka gazety z Grass Valley, który informował o całkowitym upadku kopalni kwarcu i, że dająca ogłoszenie osoba wykupuje akcje upadłego przedsiębiorstwa po dwa centy za udział.
Gdy już wychodziła, obiecałem, że odwiedzę ją w hotelu. Gdy „dziecko” wyciągnęło do mnie dłoń w sposób dosyć arogancki i protekcyjny, miałem ochotę kopnąć tego cwanego lowelasa. Spojrzałem w jego oczy i wyczytałem w nich drwinę i hipokryzję. Zapałałem do niego niechęcią graniczącą z nienawiścią.
Minęło kilka minut od wyjścia tej pary, nim ostatecznie ochłonąłem i wróciłem do równowagi, wściekły na siebie, że tak dałem się podejść i sprzedałem się (być może diabłu) za kilka miałkich komplementów i obiecujących spojrzeń. Przeklinałem sam siebie za głupotę chodząc po pokoju tam i powrotem, gdy nagle usłyszałem nieśmiałe pukanie do drzwi. Na moje zawołanie „proszę” do redakcji weszła młoda kobieta. Była ładna, lat około dwudziestu, ciemnooka i jasnowłosa. Zarumieniła się pytając o naczelnego redaktora. Odpowiedziałem jej jak zwykle.
„Może, wiec pan mi pomoże? powiedziała skromnie, „Mam tutaj wiersz…” Westchnąłem na myśl o tym, że jest to oda do zimy. O Boże, pomyślałem!
„To jest wiersz… o naszej Brytyjskiej Królowej. Jeśli przeczyta go pan i uzna, że jest coś warty i umieści go pan w swojej gazecie, to napiszę więcej. Jeśli wart jest tego, by wypłacić mi za niego honorarium, to będę bardzo wdzięczna.”
Gdy podawała mi arkusz papieru z wierszem, zauważyłem, że ręce jej się trzęsły. Podziękowałam jej i obiecałem, że przeczytam wiersz, jak tylko czas mi na to pozwoli. Kobieta wyszła.
Nie mogłem się powstrzymać od porównania tych dwóch petentek. Jedna zauroczyła mnie swoją gładką mową, ściskaniem ramienia i uwodzicielskimi oczyma; druga oczarowała mnie swoją niepewnością.
Skromna nieśmiałość, z którą ta młoda kobieta wręczyła mi swój wiersz, zaintrygowała mnie.
To było niezbyt udane dzieło, ale emanowało jakąś naiwną słodyczą. Jako prozę można by to ewentualnie zaakceptować, ale jako wiersz… nie moglem.
Następnego dnia było pierwsze święto - Chrstmas Day. To była moja pierwsza Gwiazdka w Victorii. Miasto zamarło. Wszystkie sklepy były zamknięte. W tym czasie przed każdym budynkiem znajdowała się drewniana weranda lub zadaszenie, które ciągnęło się od drzwi wejściowych do końca chodnika. Tak, że przechodnie uliczni mogli przejść przez całe centrum suchą nogą i pod zadaszeniem. Były one obrzydliwe, sklecone byle jak. Tego jednak dnia ozdobione zielonymi gałęziami i wieńcami z czerwonymi kokardami prezentowały się nieźle. Po mszy wpadłem na chwile do redakcji, a potem poszedłem do Hotelu Francuskiego na świąteczny lunch. Jedynym gościem był tam wysoki mężczyzna, chyba mój rówieśnik. Zajmował stolik po drugiej stronie sali. „Może będziemy razem świętować?” zaproponował mi. Była to niezła propozycja, bo tego dnia czułem się wyjątkowo samotny i ogarnięty tęsknotą.
„Nazywam się George Barclay. Przyjechałem tu z GrassValley. Oto są moje listy uwierzytelniające od agenta z Fargo.”
„O! Jest pan z GrassValley! To dziwne, wczoraj też kogoś z tamtej strony świata poznałem! Śliczną kobietę i jej `dziecko’, podobno stamtąd przyjechali.”
„Naprawdę!” wykrzyknął uradowany, „Proszę mi ich opisać.”
„Kobieta podobno należy do rosyjskiej arystokracji. Nazywa się podobno Madame Febre, mówi, że jest wdową. Dziecko dość jest wyrośnięte i pali cygara.”
Mój nowy znajomy się uśmiechnął: „znam ich i kiedy się trochę lepiej poznamy, to być może panu o nich opowiem.”
Po sutym posiłku poszliśmy razem do naszej redakcyjnej szopy. Gdy otwierałem drzwi w mroku podcienia zauważyłem tę młodą kobietę, która wczoraj przyniosła mi swój wiersz. Mój towarzysz lekko się zarumienił na jej widok, ale ukłonił się i nie wykrztusił z siebie słowa. Kobieta zapytała, co myślę o jej wierszu.
„Prawdę mówiąc panno… panno…”
”Forbes” wtrąciła nieśmiało.
„Nie miałem czasu go przeczytać jeszcze. Proszę przyjść do mnie jutro”, kłamałem jak z nut nie mając odwagi powiedzieć jej, co myślę o jej wierszu.
Wydawała się być bardzo rozczarowana. Jej usta wykrzywiły się w żałosnym grymasie. Nie bardzo rozumiałem jej emocje, ale nie przyznałem się, że je dostrzegam.
„Czy mógłby mi pan dać odpowiedź dzisiaj, może późnym popołudniem.”
„Dobrze.” Zgodziłem się. Jeśli pani tak bardzo na tym zależy…proszę dać mi swój adres. Dam pani odpowiedz osobiście, albo przyślę posłańca około czwartej po południu. Gdzie pani mieszka?”
„Czy wie pan, gdzie znajdują się Forshay’s Cottages? Mieszkamy pod numerem 4.”
Znalem to miejsce o niedobrej reputacji. Forshay’s Cottages, była to kolonia małych szop mieszkalnych na skrzyżowaniu Cook i Yates. W każdej były trzy pomieszczenia: kuchnia i dwa pokoje. Nie mogłem sobie wyobrazić, jak taka piękna panna może mieszkać w takich warunkach.
Dziewczyna podziękowała. Barclay odprowadził ją do rogu ulicy Yates. Wydawało się, że po drodze próbował ją do czegoś przekonywać, ale ona się na to nie zgadzała i w końcu uciekła.
Barclay wrócił po chwili do redakcji i zaczął gwałtownie gadać:
„Pieniądze to rzecz nabyta. Niestety wiem, że nam przybyszom z Europy, gdy raz byliśmy bogaci, trudno pogodzić się z biedą, w której przyjdzie nam czasem żyć po utracie majątku. Niektórym duma nie pozwala na przyjmowanie pomocy z zewnątrz. Znam rodzinę tej młodej panny jeszcze z Grass Valley. Jej ojciec strącił fortunę w kopalni kwarcu. Jego wspólnik, Mr. Maloney też splajtował i z rozpaczy otruł siebie, żonę i trójkę dzieci. To było trzy lata temu. A dziś rano spotkałem inżyniera z Grass Valley. Nazywa się Robert Homfray. I on mi powiedział, ze przeniósł się tu na stałe.Powiedział mi też, że on i jego brat stracili wszystko na tym kwarcu. Dalej rozmawialiśmy o tragedi Maloney i o tym, że wydarzyła się najdziwniejsza rzecz. Podobno przed trzema miesiącami znowu zaczęły się prace w kopalni i przy pierwszym odstrzale odkryto ogromną żyłę kwarcu! Gdyby Maloney zrobił wtedy jeszcze jeden odstrzał żył by dziś i byłby bardzo bogatym człowiekiem. A tak biedny człowiek targnął się na siebie i swoich bliskich. No cóż resztę opowiem panu za kilka dni, a teraz pogadajmy o tym wierszu. Co chcesz pan z nim zrobić?”
„Odrzucę go.’
„Proszę cię, nie rób pan tego. Przyjmij go i wydrukuj. Musisz to zrobić.” Przekonywał mnie mój nowy znajomy. „Byłem dzisiaj w domu tej rodziny. Pan Forbes jest kaleką nękanym przez artretyzm, jego żona, kobieta zacnego charakteru, ich córka i ośmioletni synek żyją w skrajnym ubóstwie. Proponowałem im pożyczkę, ale pan Forbes jej nie przyjął i jeszcze się na mnie obraził. Proszę cię, idź do nich natychmiast. Powiedz tej dziewczynie, że przyjmujesz jej wiersz i daj jej to jako honorarium. (Wręczył mi dwadzieścia dolarów w złocie). Powlokłem się ulicami w oceanie błota do gorszej części miasta.
Drzwi otworzyła mi ta miła panna. O mało nie zemdlała na mój widok. Powiedziałem, że jej wiersz został przyjęty i wręczyłem jej złotą monetę.
„ Mamo, Ojcze!!! Zawołała i pobiegła w głąb domku. „Słyszałam jak mówiła: „Mój wiersz został zaakceptowany. Pan z gazety przyniósł mi pieniadze!”
„Dzięki Bogu.” Powiedziala jakas inna kobieta „Wiedziałam, że dobry Bóg nas nie opuści w takim dniu. Będziemy mieli święta!”.
W tym momencie przybiegł do domu mały chłopiec.
„Nelly co się stało?!,” Zawołał z troską. Był biednie, ale schludnie ubrany. Na małej twarzy malowała się obawa.
„Nic złego Johnny. Ten pan przyniósł mi pieniądze za wiersz i dzieki temu będziemy mieć dziś świąteczny obiad.” Dziewczyna nachyliła się nad bratem i ucałowała go w oba policzki.
„Nelly, czy będziemy jeść indyka?”
„Tak Johnny.”
„Będzie też pudding z sosem, który się pali?”
„Tak kochanie!”
„I ja będę mógł mieć dokładkę?”
„Oczywiście.”
„A czy starczy też pieniędzy na lekarstwo dla Papy?”
„Tak malutki.”
„A czy Mama będzie mogła odebrać te wszystkie piękne rzeczy, które oddała lichwiarzowi?”
Oj. Johnny daj spokój. Idź już do domu. Chcę jeszcze z tym panem porozmawiać.” Zamknęła drzwi za chłopcem i zwróciła się do mnie.
„Czy wie pan, gdzie mogłabym kupić jedzenie na nasz świąteczny obiad? Obiecałam bratu, a sklepy są chyba pozamykane…”
„To się łatwo da załatwić. Zamówimy wszystko w Hotelu Francuskim. Oni tam przygotowują dziś gwiazdkową ucztę ze wszystkim szykanami.”
„Proszę, niech pan się tym zajmie. Mam jeszcze jedną prośbę do pana. Czy zaszczyciłby by pan nas dzisiaj swoja obecnością przy świątecznym stole? Będzie nam niezwykle milo, choć warunki tutaj mamy mniej niż skromne.”
„A czy mogę przyjść ze swoim znajomym, który jest tak samo samotny jak ja?”
Proszę do nas przyjść, ale pański przyjaciel lepiej żeby przyszedł po obiedzie. Odpowiedziała dość stanowczo. Trochę mnie to zdziwiło, ale wyraziłem zgodę na te propozycję i pobiegłem, nie zważając na błoto na ulicach, do rzeczonego hotelu.. Wkrótce w radosnym uniesieniu wracałem do domu państwa Forbes z wielkim koszem, który dla mnie przygotowano, niesionym przez boya.
W domku było nieskazitelnie czysto, ale było tylko jedno krzesło. Mimo to widać, że pamiętano tu lepsze dni. W małej kuchni piec, przy którym siedział pan domu był jedynym źródłem ciepła. Wnętrza były raczej surowe bez dywanów, nawet nie było narzuty na łóżka na których leżała pieknie ułożona, czystą koronką wykończona pościel. Niedostatek jednak i bieda wychylały się tu z każdego kąta. Gospodarze dziękowali mi co chwila, mówiąc o mnie miłe słowa. Nigdy nie czułem się gorzej, bo nagle otrzymywałem słowa podziękowania i błogosławieństwo wdzięczności, które powinny być skierowane do kogoś innego. Nie do mnie. Pan Forbes był zbyt chory, by usiąść z nami przy stole. Wpół leżał na kanapce przy piecu. Jak tylko jedzenie rozstawione zostało na stole usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Gdy je otwarto, okazało się, że to Barclay.
„Przyszedłem prosić byście mnie zaprosili do siebie. Jestem sam i nie mam dokąd pójść. Jeśli pan Forbes wybaczy mi mój poranny nietakt, będę wdzięczy.
„Zapomnę, zapomnę” powiedział starzec. Proszę do nas.
No, więc Barclay wszedł i wspólnie zasiedliśmy do stołu kuchennego, który ustawiony był w sypialni pomiędzy łóżkami. Pomimo dziwnych warunków był to najwspanialszy obiad gwiazdkowy w moim życiu. Mały Johnny wziął sobie aż dwie dokładki śliwkowego puddingu. Było pysznie. Do hotelu wróciliśmy krótko przed północą.
Nastepnego dnia był Dzien Pudełek (Boxing Day). Wszystko oprócz knajp było pozamykane. Nie spotkałem tego dnia rosyjskiej księżniczki, ale w barze Francuskiego hotelu siedział jej synalek popijając najdroższą whiskey i delektowal się drogimi cygarami. Znowu naszła mnie ochota, by go kopnąć.
Umówiłem się z Barclayem w prywatnym pokoju, by omówic plan dalszego działania.
„Musiałeś zauważyć, ze panna Forbes i ja jesteśmy przyjaciółmi.Nasza znajomość zaczęła się sześć miesięcy temu. Oświadczyłem się jej i zostałem przyjęty, ale pod warunkiem, że uzyskam zgodę jej ojca. Niestety odmówił, ponieważ straciwszy wszystkie pieniądze, nie był w stanie należycie swojej córki przed ślubem wyposażyć. Próbowałem go przekonać, że to nie ważne, że ja mam wystarczającą ilość pieniędzy, ale był nieugięty. Wyjechał na Vancouver Island myśląc, że tu będzie mógł jakoś zarabiać na życie. Niestety zapadl na artretyzm. Nie mając z czego żyć musieli dać pod zastaw wszystkie swoje cenne przedmioty, by jakoś utrzymać sę na powierzchni.
Po tym jak pan Forbes wyjechał, odkryte zostało nowe złoże i pan Forbes dysponując większością akcji jest znów bogatym człowiekiem, ale jeszcze o tym nie wie.” Poradziłem mu, więc by pobiegł do Forbesów z tą informacją i korzystając z okazji oświadczył się ponownie. Uczynił to niezwłocznie.

W restauracji zastałem synalka rosyjskiej księżnej nad szklaneczką absyntu. Na mój widok wypił go jednym haustem i poinformował mnie, ze jego matka chce się ze mną zobaczyć. Poszedłem więc do pokoju nr 12 znajdującego się na piętrze, by zobaczyć się z madame Fabre. Siedziała przy kominku wpatrując się w ogień.
Na mój widok wstała i wyciągnęła do mnie pulchną białą dłoń.
„Dobrze, że pan przyszedł, bo pilnie potrzebuję pańskiej rady w sprawach kopalni. Ale najpierw chcę pana poinformować, że znalazłam człowieka, którego szukałam, tutaj w Victorii. No i wiedzie mu się tragicznie. Jest chory i biedny jak mysz kościelna.” Myślę, że jak dostanie dwieście dolarów za swoje udziały, to odda je z pocałowaniem w rękę, ale ja mam zamiar zaoferować mu 500!
„Ta kopalnia o której pani mi mówiła jest obecnie warta znacznie więcej. Czyż nie?”
„Tak. Przynajmniej tak myślimy. Wie pan, z kopalniami nigdy nic nie wiadomo. Jednego dnia myślisz, ze jesteś bogaty, a następnego dnia zmienia się koniunktura i tracisz wszystko. Tak się stało z moim meżem. Kopalnia obecnie wygląda obiecująco, ale nigdy nie można mieć pewności co będzie jutro…
Gdy tu przyjechałam myślałam, ze odkupię te akcje za bezcen, ale teraz mój syn powiedział mi, że widział jednego człowieka z Grass Valley, który jest ich znajomkiem. Być może ten Barclay mnie ubiegł… Myslę, że powinnam tego właściciela akcji odwiedzić natychmiast i zaoferować mu więcej niż chciałam. Co pan to tym uważa, panie redaktorze?”’
„Myślę, że może sobie pani zaoszczędzić kłopotu, bo najprawdopodobniej właśnie w tej chwili ten człowiek dowiaduje się, że zły los się od niego odwrócił.”
„Co pan mówi?! Krzyknęla księżna pani. „To znaczy, że się spóźniłam?!
„No niestety. Pan Forbes na szczęście w porę dowiedział się radosnej wiadomości i prawdopodobnie nie sprzeda swoich akcji za żadna cenę.”
Kobieta spojrzała na mnie z wyraźną nienawiścią w czarnych jak węgle oczach. W miejsce słodkiego czaru pojawiły się dwa do czerwoności rozgrzane ostrza. Jej spojrzenie mnie przerażało. Marzyłem o tym, by się jakoś ewakuować.
„No tak! Teraz wszystko jest dla mnie jasne!!! To pan mnie zdradził. To przez pańską niedyskrecję!”
Gdy zapewniłem ją w końcu, że to nie ja jestem przyczyną jej finansowego niepowodzenia zaczęła się zastanawiać, kto mógł ją uprzedzić.
„Przyjechałam taki szmat drogi, żeby zabezpieczyć swoją własność, a teraz wszystko stracone. Kto to zrobił? Wstyd! Gdzie jest ten winowajca i kto nim jest?!
„Powiem pani w sekrecie, Barclay tu naprawdę jest. O odkryciu nowych pokładów dowiedział się wczoraj rano.”
„Niech będzie przeklęty!” - syknęła przez swoje piękne zęby.


Zostawiłem ją w rozpaczy. Na dole powiedziałem jej synowi, ze powinien iść i podtrzymać ja na duchu, a sam udałem się do domku Forbesów. Znalazłem ich w stanie nieopisanej radości. Przyjęli mnie z otwartymi ramionami niezwykle gościnnie. Pani Forbes natychmiast powiedziała mi o zaręczynach, które tym razem zostały przyjęte. Było się z czego radować. W pewnym momencie pani Forbes napomknęła coś o tym, że małżeństwo jej córki z pewnością uniemożliwi jej pracę literacką. Zapewniłem ją, że przyjmę do druku każdy wiersz, który napisze jej córka. Na szczęście nic już więcej nie stworzyła, przynajmniej w dziedzinie poezji.
Całe towarzystwo po kilku dniach opuściło Victorię, by nigdy tu już nie wrócić. Tylko ja zostałem na swoim posterunku w redakcji i do dziś wspominam z sentymentem Boże Narodzenie 1860 roku.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji