nr. 33
VICTORIA, BC, luty-marzec 2012
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Zebranie sprawozdawczo-wyborcze
DOM POLSKI 11 marca


AKTUALNOŚCI 
z Polski, Kanady i Świata

ARTYKUŁY

Od Redakcji
33 numer STRON

Ewa Caputa -
Gołąbek niepotulny

na pożegnanie księdza

Ewa Korzeniowska -
Warszawskie wróbelki


Tadeusz K. Gierymski -
Jan Marian Hemar

w 40 rocznicę śmierci

Magdalena Hen -
Seks, forsa i prawa autorskie
ACTA...

Ludwik Wilczyński -
Himalajski Boom cz.6

o polskich sukcesach
w Himalajach

ECK -
Nowa płyta Cohena

Małgosia walczy o życie
pomoc potrzebna
Bruno Schulz-Wichura
opowiadanie
List MSZ
w sprawie antypolonizmu
Kaplica w Ugandzie
podziękowanie
Rozmaitości

Indeks autorów

Bruno Schulz

WICHURA

Tej długiej i pustej zimy obrodziła ciemność w naszym mieście ogromnym, stokrotnym urodzajem. Zbyt długo snadź nie sprzątano na strychach i w rupieciarniach, stłaczano garnki na garnkach i flaszki na flaszkach, pozwalano narastać bez końca pustym bateriom butelek.
Tam, w tych spalonych wielobelkowych lasach strychów i dachów, ciemność zaczęła się wyradzać i dziko fermentować. Tam zaczęły się te czarne sejmy garnków, te wiecowania gadatliwe i puste, te bełkowite flaszkowania, bulgoty butli i baniek. Aż pewnej nocy wezbrały pod gontowymi przestworami falangi garnków flaszek i popłynęły wielkim stłoczonym ludem na miasto.
Strychy wystrychnięte ze strychów, rozprzestrzeniały się jedne z drugich i wystrzelały czarnymi szpalerami, a przez przestronne ich echa przebiegały kawalkady tramów i belek, lansady drewnianych kozłów, klękających na jodłowe kolana, ażeby, wypadłszy na wolność, napełnić przestwory nocy galopem krokwi i zgiełkiem płatwi i bantów.

Wtedy to wylały się te czarne rzeki, wędrówki beczek i konwi, i płynęły przez noce. Czarne ich, połyskliwe, gwarne zbiegowiska oblegały miasto. Nocami mrowił się tam ciemny zgiełk naczyń i napierał jak armie rozgadanych ryb, niewstrzymany najazd pyskujących skopców i bredzących cebrów.
Dudniąc dnami, piętrzyły się wiadra, beczki i konwie, dyndały się gliniane stągwie zdunów, stare kapeluchy i cylindry dyndasów gramoliły się jedne na drugie, rosnąc w niebo kolumnami, które się rozpadały.
I wszystkie kołatały niezgrabnie kołkami drewnianych języków, mełły nieudolnie w drewnianych gębach bełkot klątw i obelg, bluźniąc błotem na całej przestrzeni nocy, aż dobluźniły się, doklęły swego.
Przywołane rechotem naczyń, rozplotkowanym od brzegu do brzegu, nadeszły wreszcie karawany, nadciągnęły potężne tabory wichru i stanęły nad nocą. Ogromne obozowisko, czarny ruchomy amfiteatr zastępować zaczęły w potężnych kręgach ku miastu. I wybuchła ciemność ogromną wzburzoną wichurą i szalała przez trzy dni i trzy noce…

- Nie pójdziesz dziś do szkoły – rzekła rano matka – jest straszna wichura na dworze – w pokoju unosił się delikatny welon dymu pachnący żywicą. Pies wył i gwizdał, jak gdyby uwiązana w nim była cała sfora psów lub demonów. Wielki bohomaz wymalowany na jego pękatym brzuchu, wykrzywiał się kolorowym grymasem i fantastyczniał wzdętymi policzkami.
Pobiegłem boso do okna. Niebo wydmuchane było wzdłuż i w szerz wiatrami. Srebrzysto białe i przestronne, porysowane były w linie sił, natężone do pęknięcia, w srogie bruzdy, jakby zastygle żyły cyny i ołowiu. Podzielone na pola energetyczne i drżące od napięć. Pełne było utajonej dynamiki. Rysowały się w nim diagramy wichury, która sama niewidoczna i nieuchwytna, lądowała krajobraz potęgą.
Nie widziało się jej. Poznawało ją się po domach, po dachach, w które wjeżdżała jej furia. Jeden po drugim strychy zdawały się rosnąć i wybuchać szaleństwem, gdy wstępowała w nie siła.
Ogałacała place, zostawiała za sobą na ulicach białą pustkę, zamiatała cale połacie rynku do czysta. Ledwie tu i ówdzie giął się pod nią i trzepotał uczepiony węgla domu, samotny człowiek. Cały plac rynkowy zdawał się wybrzuszać i lśnić pustą łysiną pod jej potężnymi przelotami.
Na niebie wdmuchał wiatr zimne i martwe kolory, grynszpanowe, żółte i liliowe smugi, dalekie sklepienia i arkady swego labiryntu. Dachy stały pod tymi niebami czarne i krzywe, pełne niecierpliwości i oczekiwania. Te, w które wstąpił wicher, wstawały w natchnieniu, przerastały sąsiednie domy i prorokowały pod rozwichrzonym niebawem. Potem opadły i gasły, nie mogąc dłużej zatrzymać potężnego tchu, który leciał dalej i napełniał cały przestwór zgiełkiem przerażeniem. I znów inne domy wstawały z krzykiem, w paroksyzmie jasnowidzenia, i zwiastowały.
Ogromne buki koło kościoła stały z wzniesionymi rękami, jak Świadkowie wstrząsających objawień, i krzyczały, krzyczały.
Dalej, za dachami rynku, widziałem dalekie mury ogniowe, nagie, ściany szczytowe przedmieścia. Wspinały się jeden nad drugi i rosły zesztywniałe z przerażenia i osłupiale. Daleki, zimny, czerwony odblask zabarwiał je późnymi kolorami.
Nie jedliśmy tego dnia obiadu, bo ogień w kuchni wracał kłębami dymu do izby. W pokojach było zimno i pachniało wiatrem. Około drugiej po południu wybuchł na przedmieściu pożar i rozszerzał się gwałtownie. Matka z Adelą zaczęły pakować pościel, futra, kosztowności.
Nadeszła noc. Wicher wzmógł się na sile i gwałtowności, rozrósł się niepomiernie i opanował cały przestwór już teraz nie nawiedzał domów i dachów, ale wybudował nad całym miastem wielopiętrowy, wielokrotny przestworu, czarny labirynt rosnący w nieskończonych kondygnacjach.
Z tego labiryntu wystrzelał całymi galeriami pokojów, wprowadzał piorunem skrzydła i trakty, toczył z hukiem długie amfilady, a potem dawał się zapadać tym wyimaginowanym piętrom, sklepieniom i kazamatom i wzbijał się jeszcze wyżej, kształtując sam bezforemny bezmiar swym natchnieniem.
Pokój drżał z lekka, obrazy na ścianach brzęczały. Szyby lśniły się tłustym odblaskiem lampy. Firanki na oknie wisiały wzdęte i pełne tchnienia tej burzliwej nocy. Przypomnieliśmy sobie, że ojca od rana nie widziano. Wczesnym rankiem, domyślaliśmy się, musiał udać się do sklepu, gdzie go zaskoczyła wichura, odcinając mu powrót.
- Cały dzień nic nie jadł – biadała matka. Starszy subiekt Teodor podjął się wyprawić w noc i wichurę, żeby zanieść mu posiłek. Brat mój przyłączył się do wyprawy.
Okutani w niedźwiedzie futra, obciążyli kieszenie żelazkami moździerzami, balastem, który miał zapobiec porwaniu ich przez wichurę.
Ostrożnie otworzono drzwi, prowadzące w noc. Zaledwie subiekt i brat mój z wzdętymi płaszczami wkroczyli jedną nogą w ciemność, noc ich połknęła zaraz na progu domu. Wicher zmył momentalnie ślad ich wyjścia. Nie widać było przez okno nawet latarki, którą ze sobą zabrali.
Pochłonąwszy ich, wicher na chwilę przycichł. Adela z matką próbowały na nowo rozpalić ogień pod kuchnią. Zapałki gasły, przez drzwiczki dmuchało popiołem i sadzą. Staliśmy pod drzwiami i nasłuchiwali. W lamentach wiatru dało się słyszeć wszystkie głosy, perswazje, nawoływania i gawędy. Zdawało się nam, że słyszymy wolancie o pomoc ojca zabłąkanego w wichurze, to znowu, że brat z Teodorem gwarzą beztrosko pod drzwiami. Wrażenie było tak łudzące, że Adela otworzyła drzwi i w samej rzeczy ujrzała Teodora i brata mojego, wynurzających się z trudem z wichury, w której tkwili po pachy.
Weszli zadyszani do sieni, zaciskając z wysiłkiem drzwi za sobą. Przez chwilę musieli wesprzeć się o odrzwia, tak silnie szturmował wicher do bramy. Wreszcie zasunęli rygiel i wiatr pognał dalej.
Opowiadali bezładnie o nocy, o wichurze. Ich futra, nasiąkłe wiatrem, pachniały teraz powietrzem. Trzepotali powiekami w świetle ich oczy pełne jeszcze nocy, broczyły ciemnością za każdym uderzeniem powiek. Nie mogli dojść do sklepu, zgubili drogę i ledwo trafili z powrotem. Nie poznawali miasta, wszystkie ulice były jak przestawione.
Matka podejrzewała, że kłamali. W istocie cala scena sprawiała wrażenie, jakby przez ten kwadrans stali w ciemności pod oknem, nie oddalając się wcale. A może naprawdę nie było już miasta i rynku, a wicher i noc otaczały nasz dom tylko ciemnymi kulisami, pełnymi wycia, świstów i jęków. Może nie było wcale tych ogromnych żałosnych przestrzeni, które nam wicher sugerował, może nie było wcale tych opłakanych labiryntów, tych wielookiennych traktów i korytarzy, na których grał wicher jak na długich fletach. Coraz bardziej umacniało się w nas przekonaniem, że cala ta burza była tylko donkiszoterią nocy, imitują na wąskiej przestrzeni kulis tragiczne bezmiary, kosmiczną bezradność i sieroctwo wichury.
Coraz częściej otwierały się teraz drzwi sieni i wpuszczały w okutanego w opończe i szale gościa. Zziajany sąsiad lub znajomy wywijał się powoli z chustek, płaszczy i wyrzucał z siebie całym głosem opowiadania, urwane bezładnie słowa, które fantastycznie powiększały, kłamliwie przesadzały bezmiar nocy. Siedzieliśmy wszyscy w jasno oświetlonej kuchni Za ogniskiem kuchennym i czarnym, szerokim okapem komina prowadziło parę stopni do drzwi strychu.
Na tych schodach siedział starszy subiekt Teodor i nasłuchiwał, jak strych grał od wichru. Słyszał jak w pauzach wichury miechy żeber strychowych składały się w fałdy i dach wiotczał i zawisł jak ogromne płuca, z których uciekł oddech, to znowu nabierał tchu, nastawiał się palisadami krokwi, rósł jak sklepienie gotyckie, rozprzestrzeniał się lasem belek, pełnym stokrotnego echa, i huczał jak pudło ogromnych basów.
Ale potem zapomnieliśmy o wichurze, Adela tłukła cynamon w dźwięcznym moździerzu. Ciotka Perazja przyszła w odwiedziny. Drobna, ruchliwa i pełna zabiegliwości, z koronką czarnego szala na głowie, zaczeła krzątać się po kuchni, pomagając Adeli. Adela oskubała koguta. Ciotka Perazja zapaliła pod okapem komina garść papierów i szerokie płaty płomienia wzlatywały z nich w czarną czeluść. Adela trzymając koguta za szyję, uniosła go nad płomień, ażeby opalić na nim resztkę pierza. Kogut zatrzepotał nagle w ogniu skrzydłami i spłonął. Wtedy ciotka Perazja zaczęła się kłócić, kląć i złorzeczyć. Trzęsąc się ze złości wygrażała rękami Adeli i matce.
Nie rozumiałem, o co jej chodzi, a ona zacietrzewiała się coraz bardziej w gniewie i stała się jednym pękiem gestykulacji i złorzeczeń. Zdawało się, że paroksyzmie złości rozgestykuluje się na części, że rozpadnie się, podzieli, rozbiegnie się w sto pająków, rozgałęzi się po podłodze czarnym, migotliwym pękiem oszalałych karakonich biegów. Zamiast tego zaczęła raptownie maleć, kurczyć się, wciąż roztrzęsiona rozsypująca się przekleństwami. Z nagła podreptała, zgarbiona i mała w kąt kuchni, gdzie leżały drwa na opał, i klnąc, i kaszląc, zaczęła gorączkowo przebierać wśród dźwięcznych drewien, aż znalazła dwie cienkie, żółte drzazgi. Pochwyciła je latającymi ze wzburzenia rękami, przymierzała do nóg, po czym wspięła się na nie, jak na szczudła i zaczęła na tych żółtych kulach chodzić, stukocąc po deskach, biegać tam i z powrotem wzdłuż skośnej linii podłogi, coraz szybciej i szybciej, potem wbiegła pod larwkę jodłową, kusztykając na dudniących deskach, a stamtąd na półkę z talerzami, dźwięczną drewnianą półkę obiegającą ściany kuchni i biegła po niej, solankując na szczudłowych kulach, by wreszcie gdzieś w kącie, malejąc coraz bardziej, sczernieć, zwinąć się jak zwiędły spalony papier, zatlić się w płatek popiołu, skruszyć w proch i w nicość.
Staliśmy wszyscy bezradni wobec tej szalejącej furii złości, która sama siebie trawiła i pożerała. Z ubolewaniem patrzyliśmy na smutny przebieg tego paroksyzmu i z pewną ulgą wróciliśmy do naszych zajęć, gdy żałosny ten proces dobiegał do swojego naturalnego końca.
Adela zadzwoniła znowu moździerzem, tłukąc cynamon, matka ciągnęła dalej przerwaną rozmowę, a subiekt Teodor nasłuchując proroctw strychowych, stroił śmieszne grymasy, podnosił wysoko brwi i śmiał się do siebie.

Następny artykuł tu:

Napisz do Redakcji