nr. 29
VICTORIA, BC,
październik 2011
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

W DOMU POLSKIM

Jerzy Zelnik
100-lecie urodzin
Czesława Miłosza
21 października

Walne zebranie
23 października

Zabawa Halloween
gra Kumbia
29 października


ARTYKUŁY

Ewa Caputa -
Zrozumieć Poetę
100-lecie urodzin
Czesława Miłosza


Paweł Romaniszyn -
Polska Ziemia w Ugandzie

Reportaż z Afryki


Irena Siemiątkowska -
Ach żęby znów do szkoły
Kolejny rok działalnosci
polskiej szkółki


Magdalena Hen -
W Tajlandii rosną
pieprzowce
Reportaż


Andrzej Jar -
Czerwiec,
wtorek rano
Opowiadanie


Ewa Caputa -
Przeżyj to sam
Rozmowa z
grupą Lombard


Koncert grupy Lombard
Dom Polski, 18 września
fotoreportaż


Rozmaitości

Andrzej Jar

Czerwiec, wtorek rano
(przedstawione w opowiadaniu zdarzenie jest prawdziwe)


*

– Czy mógłby mi pan powiedzieć, jeśli to oczywiście nie tajemnica, co pan będzie robił dziś wieczorem?
– To żadna tajemnica. Teraz wpadnę do siebie, na Sadową, a potem o dziesiątej wieczorem w Massolicie odbędzie się zebranie, któremu będę przewodniczył.
– To się nie da zrobić – stanowczo zaprzeczył obcokrajowiec.
– A to dlaczego?
– Dlatego – odpowiedział cudzoziemiec i zmrużonymi oczyma zapatrzył się w niebo, po którym w przeczuciu wieczornego chłodu bezgłośnie śmigały czarne ptaki – że Annuszka już kupiła olej słonecznikowy, i nie dość, że kupiła, ale już go nawet rozlała.

Michał Bułhakow, Mistrz i Małgorzata

*

Jak zwykle obudził się pół godziny przed budzikiem, otworzył oczy i wszystko było jak zwykle. Zza okna dobiegał odgłos lejącej się wody i od razu wiedział, że to pan Bernier, sąsiad z pierwszego piętra, wziął się dzisiaj za podlewanie trawnika (wczoraj przestawiał recyclingowe pojemniki – „żeby było wygodniej” – a w niedziele grabił opadłe na trawnik kwiaty magnolii). O szóstej rano! Przez głowę Maxa znów, jak setki razy wcześniej, przebiegło pytanie, czy emeryci nie mogą długo spać, czy po prostu za wcześnie kładą się do łóżka. Na dodatek nie wiedzą najwyraźniej, co ze sobą zrobić i stąd pan Bernier wyszukuje sobie co rano (o szóstej rano!!!) jakieś zajęcia wokół ich kondominium. Bo pan Bernier nie musiał podlewać ani grabić trawy, ani szarpać się z niebieskimi pojemnikami na opakowania i gazety – kondominium należało do Ville de Montréal i miało dbających o porządek w obejściu pracowników.

Max westchnął głośno i natychmiast skwitował to westchnienie ironicznym parsknięciem, zdając sobie od razu sprawę, że to parsknięcie jest tak samo głupie jak to kwitowane nim westchnienie, a nawet jeszcze głupsze – podwójnie głupie. Pomyślał, że gdyby mógł cofnąć się w czasie o kilkanaście lat, może jednak zostałby aktorem. Miał taką szansę. Przez prawie dwa lata, zaraz po skończeniu high school, występował w teatrze Denisa Ewena na Avenue du Parc, grał Claudia w „Miarka za miarkę” Szekspira i parę mniejszych ról, a Denis chciał go zatrzymać w swoim zespole – mówił, że Max ma talent i wielką karierę aktorską przed sobą. Max wiedział oczywiście dlaczego Denis tak mu nadskakuje – tak samo jak wiedział, że jego młodzieńcze uczucie do starszej od niego Janette może szybko zakończyć względy Denisa. Ale mało się tym przejmował, nie myśląc poważnie o przyszłości na scenie, teatr był dla niego raczej „zabawą w teatr”. Zresztą Janette była wtedy dla niego najważniejsza.

Na myśl o Janette poczuł to bezsensowne poranne podniecenie, z którym nie wiadomo co zrobić. Pofantazjował minutę erotycznie, potem pomyślał o Liz, która wróci za pięć dni z Paryża, po czym ponownie westchnął głośno i równie głupio, wstał z łóżka i wyłączył budzik, który jak zwykle nie zdążył zadzwonić. Po jakiego diabła w ogóle nastawia każdego wieczoru ten głupi budzik, skoro i tak zawsze wstaje wcześniej?! Chyba jednak nie byłby dobrym aktorem. Powinien leżeć z twarzą wtuloną w poduszkę i wyciągniętą spod kołdry ręką dusić po omacku dzwoniący przy łóżku budzik... Jak w filmach z Brucem Willisem czy Melem Gibsonem. A potem płukać jamę ustną burbonem. Za bardzo jest uporządkowany. Poza tym prawie wcale nie pije – czerwone wino od czasu do czasu albo, jak wczoraj wieczorem, kiedy oglądał hokej u Nicka, kilka piw. Każdy jednak przyzna, że trzy butelki pale ale podczas oglądania meczu, w którym pada dziewięć bramek, to prawie abstynencja.

Ale na urodzinach Patricka niewątpliwie wypił za dużo. Nie to, żeby był pijany, na pewno nie był pijany, jednak poczuł po wypitym winie takie rozanielenie, taką eksplozję miłości do świata, że zaproponował Liz, żeby się do niego przeprowadziła, a ona – mieszkająca teraz trochę tak jakby kątem u koleżanki – przystała na to natychmiast, a nawet uznała to za bardzo dobry pomysł. Przeprowadzka miała nastąpić po jej powrocie z Paryża, dokąd poleciała na tydzień, aby sfinalizować dostawę damskich ciuchów dla firmy, w której pracowała. Liz uważała – i najwidoczniej jej szefowie również – że ma wspaniały gust, co mogło być prawdą, bo Max niejednokrotnie, na przykład będąc z nią w restauracji, czuł się zakłopotany, uważając w duchu, że ubrana jest nazbyt ekstrawagancko. Dużo podróżowała.

Rzecz w tym, że Max tak naprawdę nie chciał tej przeprowadzki, o czym wiedział przed i po tej eksplozji uczuć na urodzinach Patricka. Nie chodziło nawet o to, że wynajmował niewielkie, jednosypialniowe mieszkanie („Damy sobie radę, dla dwojga kochających się ludzi nie potrzeba dużo miejsca”) ani też o jakiekolwiek wątpliwości co do temperatury jego uczucia do Liz, bo takich wątpliwości nie miał. Było mu z nią dobrze i można powiedzieć, że jego miłość do niej na pewno mieściła się w standardzie, i to na tym wyższym poziomie. Chodziło o coś innego. Chodziło między innymi o to (wiedział, że nie głównie o to, jak początkowo usiłował sobie tłumaczyć), że mniej więcej pół roku temu, mając powyżej uszu pracy na poczcie, w tajemnicy przed całym światem Max rozpoczął pisanie powieści. Była to powieść science fiction o astronautach powracających z długiej wyprawy i stu latach hibernacji na Ziemię, na której po różnych kataklizmach i ataku najeźdzców z innej galaktyki (ten wątek najbardziej wymagał dopracowania) nikt nie pamięta o ich wyprawie, w związku z czym traktowani są podejrzliwie, jako możliwe androidy z tej innej galaktyki, zwłaszcza że ich język brzmi teraz dosyć archaicznie. A Liz wraca za pięć dni z Paryża i może nikt – nawet sam Max – nie dowie się nigdy, jak to wszystko się zakończy po przewidywanym kolejnym ataku agresorów z kosmosu.

Znów westchnął teatralnie, włączył komputer i na stojąco odpisał Liz, że też ją kocha i tęskni. Potem wykonał swoje odliczone dziesięć przysiadów, kilka wymachów ramion i poszedł do łazienki, a następnie, w oczekiwaniu na kawę, zaczął się ubierać – jak zwykle „na w pół biznesowo”.

Na pewno był aktorem w niedzielę, gdy odprowadzał Liz na lotnisko. Przez cały czas mówił o epidemii E.coli w Niemczech, o możliwości rozniesienia się wirusa na inne kraje Europy – „a Niemcy i Francja to jak jedna kanadyjska prowincja, jak Quebec” – niepokoił się o Liz, troszczył i przestrzegał. Oczywiście nie wierzył, że Liz zarazi się w Paryżu bakterią E.coli; zarazi się i umrze, w związku z czym sprawa rozwiąże się sama – siła wyższa, nieszczęsny traf. Mówił o tej E.coli po to, żeby zapobiec ewentualnemu poruszeniu przez Liz tematu jej przeprowadzki - że zaraz po powrocie i tak dalej. Od urodzin Patricka rozmawiali o tym przez kilka pierwszych dni, a potem – czyli już blisko miesiąc – Max udawał, że zapomniał o wszystkim, a Liz jakby zapomniała albo uznała, że to nie była poważna propozycja, tylko takie tam gadanie po winie i w ogóle, gdyby potraktować rzecz poważnie, za dużo byłoby z tym problemów. Tylko że Max nie wiedział, czy Liz rzeczywiście tak właśnie myśli, czy po prostu uważa, że wszystko zostało ustalone i nie ma co wałkować sprawy, bo nie ma po co.

Sięgając do lodówki po sok pomarańczowy zauważył, że w drodze z pracy oprócz mleka powinien kupić także chleb, bo się kończy. I dżem. Zajrzał do kuchennej szafki i stwierdził, że również olej. Oderwał z wczorajszej gazety róg strony, złożył i schował do kieszeni spodni. To miało mu przypomnieć o konieczności zrobienia zakupów po pracy; w lewej kieszeni nosił klucz od zapięcia roweru.

Spojrzał na zegarek. Jak zwykle przygotowanie do wyjścia zajęło mu czterdzieści pięć minut. Wszystko? Wszystko. Zamknął za sobą drzwi i zbiegł po schodach.

Kiedy Max zbiegał po schodach, kilka ulic dalej, na La rue Saint-Denis, czterdziestoletni Mario Webbler wychodził z budynku mieszkalnego zarządzanego przez organizację pomocy włóczęgom Accueuil Bonneau. Była mniej więcej siódma rano. O tej porze sierżant Laimare i konstabl Brasseu przejeżdżali obok szpitala św. Łukasza, wymieniając opinie o wczorajszym meczu Vancouver Canucks z Boston Bruins i zastanawiając się, czy aby nie powtórzy się historia z pierwszej rundy pucharowej rywalizacji ich drużyny, Montreal Canadiens, z Bostonem, kiedy Montreal też wygrał pierwsze dwa mecze. Żaden z nich nie miał pojęcia, że Mario właśnie opuścił swój pokój. Skąd mogli wiedzieć, że Mario w ogóle istnieje i właśnie wyrusza na miasto.

Przy wyjściu gruba i wielka recepcjonistka, stróżująca w niewielkim mrocznym pomieszczeniu jak ropucha za szkłem, przypomniała mu, że jutro kończy się jego opłata za zajmowany pokój, o czym powinien pamiętać. – Pocałuj mnie w dupę – mruknął Mario, by następnie poskarżyć się podniesionym głosem, że znów podczas jego nieobecności ktoś był w jego pokoju i ukradł różne jego rzeczy, w tym latarkę. Recepcjonistka, nie patrząc na niego, pokiwała głową i zniknęła za drzwiami swojego terrarium. Mario wyszedł na ulicę, zatrzymał się kilka kroków od budynku i gwałtownym ruchem pokazał, gdzie recepcjonistka i wszyscy inni mogą go pocałować. Przeszedł dwa kroki i znów się zatrzymał: – Latarki ludziom kradną! – wyciągnął zza pasa zakryty połą brezentowej kurtki duży kuchenny nóż i pogroził nim swojemu tymczasowemu miejscu zamieszkania. – Latarki ludziom kradną – powtórzył, a potem dodał: „Przeklęci jankesi”. Dawno temu, jeszcze w dzieciństwie, Mario widział raz w kinie film o żołnierzach w niebieskich mundurach, którzy zabijali Indian, i odtąd nienawidził jankesów. To ojciec mu wtedy powiedział, że ci w niebieskich mundurach to jankesi i Mario to zapamiętał. Do dziś jednak nie wiedział, dlaczego, gdy wrócili z kina, ojciec krzyczał straszliwie i bił skórzanym pasem matkę. Matkę Mario pamiętał mniej niż ojca, który pokazał mu jankesów.

Poszedł najpierw w stronę kościoła baptystów wiedząc, że tam, pod kościołem, uliczne śmietniki zawsze są najmniej zapełnione; wyciągnął plastikowy worek z odpadkami i wysypał śmieci na chodnik. Potrzebował worka, jutro kończy się jego opłata za pokój i musi zapłacić przynajmniej za następny dzień. Zawrócił i udał się na przystanek autobusowy, ale dopiero przy Sainte-Catherine znalazł dwie puszki po coca-coli. A potem znów nic. – Świnie – mówił do siebie idąc w dół ulicy – przeklęte świnie i jankesi. Kradną ludziom latarki.

Pracował już prawie dziesięć minut i zebrał jedynie pięć puszek i jedną butelkę po wodzie mineralnej. Świnie nie potrzebują pić w poniedziałek, czy co? Przecież wczoraj było tak samo gorąco jak w niedzielę. Tylko że ani rano, ani potem nie mógł wczoraj pracować, bo kazali mu przyjść do Instytutu, gdzie musiał zgłaszać się dwa razy w roku i odpowiadać na głupie pytania, bo inaczej to by mu zasiłek zabrali, za który może przez prawie trzy tygodnie wynajmować pokój w Accueuil Bonneau, i Mario zostałby bezdomnym. A na ulicy na pewno okradliby go nie tylko z latarki i jeszcze kilku rzeczy, tylko z wszystkiego. Poza tym niedługo będzie miał żółwia, a żółw nie przeżyje na ulicy – żółw musi mieć dom i jeść sałatę. Żółwie to najpiękniejsze zwierzęta ze wszystkich, psy nie są takie ładne. Ani krowy, chociaż są ładniejsze od psów. Kiedyś wujek Alfonso, którego ojciec nie lubił, a który łowił ryby w jeziorze, zajechał do nich swoim jeepem, wyciągnął z worka żywego żółwia i położył na stole, a żółw wystawił głowę ze skorupy i się patrzył. Wujek Alfonso chciał mu dać tego żółwia, ale ojciec nie pozwolił. Powiedział wujkowi Alfonso, żeby sobie zupę żółwiową ugotował.

Pięć puszek i jedna butelka po wodzie mineralnej! Mario zaczynał się denerwować. W pobliżu skweru na Sainte-Élisabeth dusiła go już wściekłość: wyrwał ze śmietnika wypachany papierami, łupinami owoców, ogryzkami i innymi niezydentyfikowanymi odpadkami plastikowy worek, w którym nie było ani jednej puszki czy butelki i zaczął go dźgać nożem. – Hej! – krzyknął jakiś mężczyzna z przejeżdżającego samochodu i Mario pogroził mu swoim nożem: – Pocałuj mnie w dupę, złodzieju. Zaczął kopać pocięty worek, uwalniane śmieci rozlewały się w śmieciową kałużę. Pobiegł na drugą stronę skweru, zajrzał do śmietnika i zrobił to samo. Ani jednej puszki czy butelki. Parę lat temu – dobrze to pamiętał – kiedy na tym skrzyżowaniu mył szyby samochodów, kupił sobie pewnego razu butelkę wódki z Alberty, a potem – tutaj, na tym skwerze, przy tym właśnie śmietniku – zostawił plastikową butelkę. Kiedy był bogaty, to myślał o innych. A teraz, kiedy ma pokój opłacony do jutra, nawet jednej zgniecionej puszki...

A ojciec jaki był bogaty! Chyba nigdy nie sprzedał ani jednej butelki. Jak było ich w domu pełno, wychodził po Madame Moulin Rouge, jak mieszkańcy Pauméville nazywali tę stukniętą chudą dziewczynę, która przez cały dzień, z różową torebką i mocno uszminkowana, chodziła tam i z powrotem główną ulicą miasteczka, od sklepu z narzędziami Boba Makovsky’ego do stacji Greyhound, i pozwalał jej zabrać wszystkie puste flaszki, nakazując Mario, żeby powiedział matce, jak wróci z pracy w restauracji Aarona, że wyrzucił je do śmieci – i Mario zawsze tak mówił, chociaż wiedział, że butelki zabrała Madame Moulin Rouge i pamiętał, że ojciec powiedział wujkowi Alfonso, żeby zupę z tego żółwia ugotował. Bał się jednak, że ojciec zacznie krzyczeć i bić matkę skórzanym pasem.

– Co się gapisz, suko – Mario pogroził nożem kobiecie w kwiecistej sukience, która zatrzymała się na chodniku i patrzyła na niego, kopiącego rozsypane śmieci, a potem rzucił w jej stronę kartonowym opakowaniem po jakimś soku. – Przeklęte świnie i jankesi. Złodzieje.

Była godzina siódma dwadzieścia trzy, kiedy sierżant Laimare i konstabl Brasseu odebrali wezwanie, że na La rue Sainte-Élisabeth jakiś mężczyzna rozwala śmietniki.

– Bonjour monsieur Bernier – powiedział Max wyprowadzając swój rower Bixi – zapowiada się kolejny słoneczny dzień.

Pan Bernier, trzymając w lewej ręce gumowego węża, podszedł do ściany budynku i przykręcił kurek z wodą.

– Dzisiaj w nocy, zaraz po drugiej, zabrali do szpitala tę kobietę z warkoczem z przeciwka, której mąż był w jednym z tych samolotów, co uderzyły w wieże w Nowym Jorku. Na noszach ją wywozili do ambulansu. Pięćdziesiąt trzy lata, młoda kobieta. Człowiek ma siedemdziesiąt pięć i nie wie, co to szpital. Czekam, kiedy pani Gomez zejdzie na dół, na pewno coś wie. – Pan Bernier mówił to tak, jakby zwierzał Maxowi najgłębszą tajemnicę.

Wygląda na to, pomyślał Max, że emeryci w ogóle nie śpią. Spojrzał na wychodzącego zza węgła domu krótkowłosego, popielatowego kota, którego widział tu już wielokrotnie, a który był na pewno jakiejść rasy – ale jakiej, nie wiedział. Przypuszczał, że musi to być rasa egipska – o ile taka istnieje – bo kot miał pysk jak wizerunki bogów w grobowcach faraonów, tak jak pokazuje się je w horrorach, jakiś taki ostry... Jak szakala? Nie mógł przywołać w myśli wizerunku szakala. Uważał, że kot jest obrzydliwy i zastanawiał się, dlaczego ludzie trzymają takie obrzydliwe koty. Bo rasowe?

– Najważniejsze to się ruszać. Jak człowiek zażywa ruchu, to i zdrowie jest, i jeszcze czasem jakąś kobitkę pogoni, a bywa, że i złapie. Bywa, że się i złapie.

Max spojrzał na zegarek, wsiadł na rower i zapiął kask.
– Bardzo dobrze pan wygląda, panie Bernier.

Ranek to najlepsza pora dnia. Lepsza od zmroku, gdy temperatura wprawdzie spada, jednak powietrze nie pozbywa się jeszcze tej nagromadzonej w ciągu gorącego dnia ciężkości. Rano chce się żyć. Nawet w drodze do pracy, której się nie lubi. Jak skończy swoją powieść, rzuci tę stresującą robotę w otoczeniu beznadziejnych ludzi, którzy wszyscy wydają się uważać, że największym wynalazkiem ludzkości i najważniejsza w życiu człowieka jest poczta. Że bez poczty świat by się zawalił. Ilekroć słyszał uwagi w rodzaju, że jednak wciąż przez Internet paczki się nie wyśle, dodawał ironicznie, że wciąż też psy nie szczekają na komputery jak na listonoszy. Wiedział, że nie ma racji, albo przynajmniej przesadza, ale po ośmiu latach pracy marzył, żeby któregoś dnia cała poczta zapadła się pod ziemię, została zmieciona, eksplodowała, zniknęła. Wiedział, że to się nie stanie i dlatego postanowił zostać pisarzem. I dlatego też nie chce, żeby Liz się do niego wprowadziła po powrocie z Paryża, tylko nie wie, jak się z tamtego gadania na urodzinach Patricka wywinąć. No, nie tylko dlatego... Ale generalnie to właśnie dlatego. Prawdopodobnie będzie musiał to jej wytłumaczyć, zdradzić w zarysie swoje plany, powiedzieć coś o potrzebie skupienia w samotności, czyli zagrać rolę skomplikowanego psychicznie pisarza, którym jeszcze nie został. Będzie musiał porozmawiać o tym z Liz, w pewnym stopniu szczerze, bo innego wyjścia nie ma.

Skręcił z Sainte-Catherine w Sainte-Élisabeth. Zobaczył przed sobą, całkiem niedaleko, błyskający stroboskopowymi światłami samochód policyjny i dwóch policjantów stojących kilkanaście metrów od wymachującego rękami, odwróconego do Maxa plecami mężczyzny, który właśnie schodził z chodnika na jezdnię i coś krzyczał. Za ustawionym na ukos pośrodku jezdni samochodem z włączonym kogutem przystanęło kilku gapiów. Obaj policjanci mieli ręce zgięte w łokciu, co znaczyło, że jeden i drugi trzyma dłoń na pistolecie. Max zwolnił, żeby rzucić okiem, o co chodzi. Był już bardzo blisko i słyszał teraz wyraźnie, że odwrócony do niego tyłem mężczyzna wykrzykuje: „świnie”, „złodzieje” i coś o latarkach. Dostrzegł też nóż w dłoni mężczyzny. Pomyślał, że pewnie jak zwykle jakiś ćpun wariuje, ale nie przystanął, żeby popatrzeć – przede wszystkim dlatego, że nie lubił gapiów i nie chciał za takiego uchodzić, nawet jeśli nikt nie zwracałby na niego uwagi, a poza tym śpieszył się do pracy. Ale jednak zwolnił jeszcze bardziej, gdy był na wysokości zajścia, najwyżej pięć metrów za plecami „ćpuna”.

Człowiek z nożem, wciąż krzycząc, ruszył nagle gwałtownie w stronę nadchodzących ze środka jezdni policjantów...

Max wzdrygnął się i lekko zachwiał rowerem, gdy usłyszał dwa szybkie strzały z pistoletu. I za sekundę jeszcze jeden. A potem już nic.

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji