nr. 29
VICTORIA, BC,
październik 2011
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

W DOMU POLSKIM

Jerzy Zelnik
100-lecie urodzin
Czesława Miłosza
21 października

Walne zebranie
23 października

Zabawa Halloween
gra Kumbia
29 października


ARTYKUŁY

Ewa Caputa -
Zrozumieć Poetę
100-lecie urodzin
Czesława Miłosza


Paweł Romaniszyn -
Polska Ziemia w Ugandzie

Reportaż z Afryki


Irena Siemiątkowska -
Ach żęby znów do szkoły
Kolejny rok działalnosci
polskiej szkółki


Magdalena Hen -
W Tajlandii rosną
pieprzowce
Reportaż


Andrzej Jar -
Czerwiec,
wtorek rano
Opowiadanie


Ewa Caputa -
Przeżyj to sam
Rozmowa z
grupą Lombard


Koncert grupy Lombard
Dom Polski, 18 września
fotoreportaż


Rozmaitości

Magdalena Hen

W Tajlandii rosną pieprzowce

Uciec, gdzie pieprz rośnie. Udało się. W hotelowej windzie w Bangkoku Hindus, kiedy się dowiedział, że jestem z Polski, nie mógł ukryć podniecenia. Wiedział, że Polska jest gdzieś koło Księżyca. Za to masażystka na tutejszej plaży od razu się przyznała, że o takim kraju nie słyszała, a potem spytała domyślnie: tam jest zimno?

Młoda Chinka, która wpadła na kilka dni do Tajlandii ze swoim chłopakiem, nie słyszała o Morzu Czarnym. Ale nazwa jej się podoba.


moja wyspa

Tu na miejscu nie ulega wątpliwości, iż miejscowi nie uważają Europejczyków za bogatszych i mądrzejszych. Większość na plażach to Azjaci. Moja wyspa nie jest z tych najsłynniejszych, za to trzy godziny od stolicy. W weekend ceny są więc wyższe, bo zjeżdża Bangkok. To Tajowie, Hindusi, Chińczycy, Japończycy. Nie tak łatwo się zresztą zorientować, kto jest kim, bo akurat w Tajlandii mniejszości są bardzo wymieszane. I będą się mieszać coraz bardziej: na sto kobiet w Azji Południowo-Wschodniej przypada 119 mężczyzn. Migracje żon są więc nieuniknione.

Z Europejczyków są tu Skandynawowie, trochę Niemców, Rosjanie i Anglicy. Młode Rosjanki przeraziły się, kiedy powiedziałam, że w pewnej części naszej wyspy są nawet napisy po rosyjsku. Zaraz będzie „dawaj, dawaj”, jak w Egipcie.


grupa tajskich studentów

To nie tak. Tajlandia jest drugą, co do wielkości gospodarką w regionie. Rozwija się w tempie prawie 8% rocznie. Turystyka to tylko 5% dochodu narodowego. Największy udział ma sektor mechaniczny, drugie miejsce w PKB zajmuje elektronika. Tajlandia jest jednym z czołowych eksporterów ryżu. To już nie kraj III Świata, odwiedzany niegdyś przez hippisów dla egzotyki, mocnych przeżyć i opium.

Beneficja rozwoju są jednak rozłożone bardzo nierównomiernie. To było powodem ubiegłorocznych zamieszek. Pamiętacie czerwone koszule?

Centrum ekonomicznym jest oczywiście Bangkok. Przekłada się to na koszmarne korki w tym chaotycznie zabudowanym mieście. Choć rozbudowuje się metro i sieć sky-train, nie zmienia to faktu, że taksówkarze w godzinach szczytu odmawiają kursów do finansowego city. Tych kursów nie odmawiają taksówki motocyklowe oraz tuk-tuki – zmotoryzowane ryksze. Ich kierowcy są z ludności napływowej, z biedniejszych części Tajlandii. Bo Bangkok to dwa miasta: zamożne - i to napływowe. A napływowa część miasta chce żyć z turystów, z każdego turysty. Turyści są zniecierpliwieni, a tamci być może rozżaleni. Tu jest to „dawaj, dawaj”, tyle że po angielsku.

Okolice turystyczne Bangkoku są pełne żebraków, przede wszystkim kalek. Nie spotka się ich w chińskiej dzielnicy miasta. Chinatown to dla Bangkoku żadna egzotyka, po prostu dzielnica, która żyje własnym życiem. Integracja Chińczyków z ludnością miejscową przebiegała w Tajlandii wyjątkowo bezkonfliktowo – nawet jeden z królów był z mniejszości chińskiej. Ostatnia duża imigracja to żołnierze Kuomintangu. (Informacja dla zapominalskich: Kuomintang tak się dał we znaki ludności Chin, że słabiutkie wojska komunistyczne, ciągle rosnąc w siłę, mogły dokonać triumfalnego Długiego Marszu.) W Bangkoku jest trzecia, co do wielkości kolonia japońska (po Hongkongu i Nowym Jorku). Nie wiadomo dokładnie, ilu jest Europejczyków, którzy zdecydowali się zamieszkać na stałe. To obszerna grupa. Na ich użytek wychodzą dwa ogólnokrajowe, świetnie robione dzienniki anglojęzyczne. Choć u źródeł ich decyzji życiowych mogła być chęć ucieczki od rzeczywistości (pieprz wciąż tu rośnie), to sadząc z listów do redakcji są dziś bardzo zaangażowani w tajskie życie.


lokalni handlowcy

Sąsiadki Rosjanki uciekły na moją wyspę z wybrzeża – z Pattayi, bo nikt im nie powiedział, że Pattaya to miasto grzechu, stała się miastem dzięki amerykańskim żołnierzom z okresu wojny wietnamskiej, których przysyłano tu na urlop. Zawsze bliżej niż do Stanów. Jak mówiono, Pattaya to sun, sand and sex – słońce piasek i seks. Seks-turystyka przestaje jednak być znakiem firmowym Tajlandii. Prostytucja jest legalna, ale rząd walczy z dziecięcą prostytucją i wcale sobie nie życzy wizyt chętnych na to gości. A prostytucja tradycyjna przeżywa kryzys: w Tajlandii też doszło do rewolucji seksualnej i miejscowi (oraz przyjezdni z wielu innych krajów azjatyckich) nie muszą się już uciekać do usług prostytutek. Według badań rządowych, dziś przeciętnie na prostytutkę przypada mniej niż jeden klient na noc. Jeszcze piętnaście lat temu ponad połowa dwudziestoparolatków przyznawała się do wizyt w u prostytutek. Dziś młodzi już ich praktycznie nie odwiedzają. Innym symptomem tej rewolucji jest współczynnik dzietności. Teraz wynosi 1.8, czyli dominują małżeństwa typu 2+1. Pół wieku temu ten współczynnik wynosił 6.5. Jedyna nadzieja więc, w lecących na egzotykę turystach.

Seks-przemysł próbuje wybrnąć z tej sytuacji uciekając się do nietypowych dla tej branży metod marketingu. Na przykład w Ayuthai, starożytnej stolicy Tajlandii, wśród robotników fabrycznych zorganizowano erotyczną loterię (nielegalną, loteria to monopol państwa) – wygrywający ma prawo spędzić noc z wybraną przez niego z katalogu dziewczyną. Tajowie są namiętnymi graczami. Sto losów po 30 bahtów ( odpowiednik 3 złotych albo ceny jednej z anglojęzycznych ogólnokrajowych gazet), dwóch wygrywających. Przewodniczący Rady Kultury Ayuthai uznał organizatorów tej loterii za ludzi niemoralnych, dla których godność kobiety nie jest warta więcej niż 30 bahtów.

Za to w sąsiedniej islamskiej Malezji imamowie pilnują czystości obyczajów. Zakazany owoc sprzedaje się więc w odpowiednim opakowaniu – japońskie gwiazdy filmów porno są całkowicie ubrane, malajskie produkcje, w których występują, nie są filmami erotycznymi, ale wszyscy wiedzą, kto jest kim i Malajowie walą do kin drzwiami i oknami.

Oczywiście kryzysu prostytucji nie widać w Pattayi, gdzie pełno odgrzewających wspomnienia byłych GI Joe. Chętnie kupują koszulki z napisem The Boys Are Back In Town. (Chłopaki znów tu są). Chłopaki pod rękę z niewielkimi Tajkami pewnie wyglądali inaczej, kiedy byli piękni i młodzi, a w każdym razie młodzi. Chociaż może nie z punktu widzenia Azjatów, którzy się nie pocą i nie mają zbędnego owłosienia.

Ale może to wcale nie weterani wojny wietnamskiej, bo ci powinni mieć koło siedemdziesiątki, a tutaj większość wygląda na zdecydowanie starszych.

Ci na mojej wyspie przywożą dziewczyny wyglądające na dorosłe i mówiące trochę po angielsku – spełniają swoje marzenie o pięknej dziewczynie w tropikalnym raju. I opowiadają im, dlaczego są niezadowoleni z życia. Ten owdowiały Australijczyk, który spędza czas przy barze oglądając CNN - nawet on nie wydaje się aż tak samotny.

Na mojej plaży takie pary się zdarzają, ale dominują Azjatki z Azjatami. Dziewczyny są ładniejsze od tych ze starszymi panami i dobrze ubrane. Od razu widać, że nie dotknęła ich bieda. Zresztą prostytutki to teraz niekoniecznie Tajki, sąsiednia Birma (przepraszam, Myanmar) i Kambodża, kraje znacznie od Tajlandii biedniejsze, są źródłem tej siły roboczej.

Ciekawe, jak policzono tych klientów prostytutek? Ale Tajlandia to kraj dobrze zorganizowany. Na lotnisku w Bangkoku nie ma żadnej mafii taksówkowej, strumień klientów reguluje obsługa lotniska, która za tę usługę pobiera odpowiednik 5 złotych. W Chiang Mai (to taki tajski Kraków) obsługa lotniska pyta cię po prostu, dokąd jedziesz, i pobiera opłatę za przejazd. Ze spokojem rozwiązuje się problemy turystów, na przykład Francuzki Dominiki, która zgubiła dokumenty. Kantory, te na lotniskach też, mają minimalny spread (czyli różnicę między ceną kupna a sprzedaży), rzędu dwóch procent. Chodniki są najczęściej jeszcze okropne, w dodatku zazwyczaj tylko po jednej stronie ulicy, ale żadnych śladów po handlu ulicznym (i przygotowywanym na ulicy jedzeniu, które je cały Bangkok i wszyscy przyjezdni) po godzinach nie widać – jest czysto.


malujący słoń - turystyczna atrakcja

A czy ktoś pamięta, że północna Tajlandia była ośrodkiem produkcji opium, należała do narkotykowego Złotego Trójkąta? Na dawnych terenach uprawy maku rozwinięto produkcję cennych gatunków kawy. Królewska fundacja rolnicza najpierw przeprowadziła badania, a potem wybrała odpowiednie gatunki i nauczyła metod specyficznego suszenia ziaren (to podobno jest w produkcji kawy najważniejsze). Trochę inaczej, trzeba przyznać, niż w Afganistanie, gdzie nie słychać, aby producentom opium stworzono jakąś alternatywę. Obok kawy na dawnych narkotykowych polach produkuje się jeszcze ekologiczne owoce i warzywa, znowu w ramach królewskiego programu rolniczego. Z kolei obejmujący 220 ha ogród botaniczny czy przedsięwzięcia takie jak odbudowa populacji morskich żółwi, są firmowane imieniem królowej.

Bezrobocie waha się między 1 - 2%. Oznacza to w praktyce niedobór siły roboczej. Tajlandia właśnie rozważa podpisanie umów z Indonezją i Bangladeszem w sprawie importu pracowników z tych krajów. Nie jest to takie proste – ludzie z Bangladeszu nie chcą pracować w rybołówstwie, gdzie sytuacja jest najbardziej krytyczna. W kraju pracuje co prawda prawdopodobnie około miliona nielegalnych imigrantów z Laosu, Kambodży i zwłaszcza z Birmy, zarówno etnicznie jak i religijnie bliższych, ale trudno zalegalizować ich pobyt, a tym bardziej pracę, bo rządy wymienionych krajów tworzą trudności formalne. Brakuje także robotników wykwalifikowanych - około 100 tysięcy pracowników tylko w przemyśle maszynowym. Tajlandia może eksportować usługi medyczne, ale gołym okiem widać, że brakuje na przykład hydraulików i elektryków.

Może problem siły roboczej rozwiąże projektowana wspólna wolna strefa gospodarcza na granicy z Birmą. Trzeba w tym celu zbudować kolejny most - ten historyczny, na rzece Kwai, widać już nie wystarcza. W Azji myśli się pragmatycznie – minister spraw zagranicznych może mieć jakieś sprawy z Birmą i problemy graniczne z Kambodżą, ale turysta przekracza te granice bez problemu, wiza od ręki.

Niskie płace powodują, że z Tajlandii też ludzie wyjeżdżają do pracy. Przy okazji repatriacji pracujących w Libii pojawiły się głosy, że rząd niczego tym ludziom nie zapewnia, w przeciwieństwie do Filipin, które w uznaniu wkładu gastarbeiterów do gospodarki narodowej, zapewniają im opiekę zdrowotną.

Kampania wyborcza to dobra okazja, by mówić o konieczności poszerzenia klasy średniej. Coś się w tym kierunku widać robi, bo szybko rosną płace i spora część ubiegłorocznego wysokiego wzrostu gospodarczego została nakręcona przez popyt wewnętrzny. W polityce gospodarczej nie brakuje paradoksów: opozycyjni liberałowie rozliczają rząd ze zbyt małej ich zdaniem aktywności we wspieraniu spółdzielni rolniczych. Rząd, by poprawić sytuację na wsi, próbuje ograniczyć powierzchnię własności ziemskiej.


mnich na zakupach

Przyszłość Tajlandii nie jest bezchmurna. Zarobki rosną, ale i rosną koszty utrzymania. Wszyscy tu boją się zbliżającej się wietnamskiej konkurencji, bo w Wietnamie średnia zarobków jest trzykrotnie niższa niż w Tajlandii i niż w Chinach. A Wietnamczycy z socjalistycznego państwa raczej nie są gorzej wykształceni.

Królowie modernizowali Tajlandię, ale chrześcijaństwo nie budziło ich entuzjazmu. Religia buddyjska dominuje, ale czy religijność wytrzyma napór świata materialnego? Władze religijne właśnie zdecydowały wysłać komisję, by zbadała, czy jeden z kaznodziei nie naruszył norm zachowania mnicha. Dziwnie zarobił na sprzedaży przyświątynnych terenów i to strasząc końcem świata. A przecież mnichom nie wolno posiadać pieniędzy. Mnisi buddyjscy są jakby zakonem żebraczym. W jednej ze świątyń zobaczyłam na stojącej roślinie doniczkowej wiszące puszki, jakieś inne produkty żywnościowe a także papier toaletowy. Okazało się, że to wizualizacja tego, na co mnichom są potrzebne datki. Do mnie taki wizualny argument ad hominem trafił – od razu coś tam wpłaciłam.


świątynia buddyjska w Chiang Mai

Najsłynniejsze świątynie są teraz częścią turystycznej subkultury. Może dlatego modły lamów zobaczyłam w Chiang Mai w mniejszej (no i starszej i piękniejszej) świątyni, znajdującej się na tyłach tej spektakularnej. Po modłach młodzi lamowie wdali się w zupełnie nie uduchowioną rozmowę, której tonacja wydała mi się dziwnie znajoma. Zupełnie jak z młodzieżówek polskich partii. Jeden do drugiego powiedział nawet „O.K.”


zdjecia modłów o siódmej wieczorem, kiedy w świątyniach są już pojedyńczy turyści, to chyba jasne

Skoro modły się skończyły, weszłam do świątyni. U stóp posągu Buddy były trzy postacie pogrążonych w medytacji mnichów. Jeden z nich był żywy, w tej samej pozie, co jego dwóch pozłacanych kolegów. Niemożliwe, żeby ten człowiek, który już zajął swoje miejsce między posagami zmarłych, nie słyszał świeckiej, głośnej rozmowy prowadzonej o 20 metrów dalej przez przedstawicieli młodego pokolenia.


zdjecia modłów o siódmej wieczorem, kiedy w świątyniach są już pojedyńczy turyści, to chyba jasne

A owieczki? Często można zobaczyć modlących się ludzi, na przykład w świątyni przy szpitalu albo w innej nie oblężonej przez turystów. Taniec rytualny się zamawia i ofiary składa w podzięce za pozytywny rozwój wydarzeń. Tak więc bóstwo ma wolną rękę w działaniu. Wierni zwiedzają jednak także turystyczne świątynie. Taktownie się usunęłam, żeby nie psuć nastroju głębokiej modlitwy, kiedy nagle cała grupa odwróciła się do Buddy plecami, bo ktoś z rodziny wyciągnął aparat. Fotka z Buddą.

W Tajlandii od połowy XIX wieku władcy intensywnie dążyli do modernizacji. Wykształcenie i współczesna wiedza to były ich priorytety. Pierwszy król, który zrezygnował z wzorowania się na cesarskich Chinach i rozpoczął modernizację kraju na sposób europejski, przed objęciem władzy przez 27 lat był buddyjskim mnichem. I to w klasztorze nauczył się angielskiego i łaciny.

Przez wieki kształcenie ludności odbywało się w klasztorach. Może pozostałością po tej tradycji są charakterystycznie ostrzyżone głowy chłopców, a może zbyt posłuszne przyjmowanie przez uczniów nauczanych prawd. Teraz zadaniem jest wykształcenie wśród uczących się samodzielnego sposobu myślenia. Obowiązek szkolny wprowadzono w Tajlandii już w latach trzydziestych XX wieku, nauczanie podstawowe trwa od szóstego roku życia, dla chętnych może być też szkoła średnia. Oczywiście nie dotyczy to niektórych opornych górskich plemion, więc 8% ludności to analfabeci. Tajlandia wydaje 30% swojego budżetu na oświatę. Jest to światowy rekord.

Władcy zwiedzali Europę. Jeden z nich na początku XX wieku zapoznał się w Szwajcarii z kinematografem – dzięki temu Tajlandia ma jeden z najstarszych przemysłów filmowych na świecie. Nie wszystko jednak było idylliczne. Choć temu akurat władcy udało się przyłączyć wyspę Phuket - dziś centrum tajskiej turystyki i cenne regiony rolnicze, to za jego czasów ówczesne królestwo Syjamu utraciło Laos i Kambodżę na rzecz Francuzów i część Malajów na rzecz Brytyjczyków. Jednak nie było tu dynastycznych konfliktów – jak na przykład w Indiach, więc Tajlandia nigdy nie była kolonią. W Chiang Mai jest pomnik przedstawiający trzech lokalnych władców, którzy skutecznie połączyli siły, by przeciwstawić się najazdom birmańskim. Nie oznacza to jednak, że dzisiejsza Tajlandia jest krajem politycznej szczęśliwości.


pomnik trzech królów w Chiang Mei

Z drugiej strony, w Azji południowo-wschodniej standardy uprawiania polityki wyznaczają sukcesy Chin i Japonii, więc politycy nie pozują jako celebryci i byle poseł rozprawia, niekoniecznie z sensem, o programach gospodarczych i rozwoju społecznym.

A sytuacja kobiet? Wszystko zależy od punktu odniesienia. Jeszcze w połowie XIX wieku pierwszy król, który modernizował Tajlandię, musiał zakazać sprzedawania żony i jej dzieci bez jej zgody. Żona nie jest bawołem wodnym – ogłosił król. Dziś Tajlandia jest krajem, gdzie kobiety procentowo zajmują najwięcej na świecie stanowisk menadżerskich. Ale to pewnie dotyczy małych i średnich przedsiębiorstw, w których mają udział finansowy.

Kobietom wciąż trudno się nawet urodzić. Jeśli rodzina decyduje się tyko na jedno dziecko, to woli, żeby to był chłopiec. Stąd ten niedobór kobiet. Sytuację pogarszają jeszcze różni Angole, którzy chętnie żenią się z Azjatkami. Nie każda z nich ma urodę Madame Butterfly, więc zapewne jest tu element ucieczki od własnych, pewnych siebie i wymagających kobiet. Mogą się na tym co prawda przejechać – nie wiadomo, co leży w charakterze, a co jest tylko kulturową forma. Na przykład obsługa hotelowa wita nas tradycyjnym, niemal modlitewnym ukłonem, ale w pokoju znajdziemy informacje typu „zabrania się” i ostrzegające przed przywłaszczeniem sobie hotelowego dobra. Bardziej skośnookie niż Tajki obywatelki mają wyraźnie większe zaufanie do siebie. Zajmują zresztą na ogół wyższe pozycje społeczne. Dla nich sposób bycia azjatyckich kobiet to na pewno tylko formy.

* * *

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji