nr. 29
VICTORIA, BC,
październik 2011
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

W DOMU POLSKIM

Jerzy Zelnik
100-lecie urodzin
Czesława Miłosza
21 października

Walne zebranie
23 października

Zabawa Halloween
gra Kumbia
29 października


ARTYKUŁY

Ewa Caputa -
Zrozumieć Poetę
100-lecie urodzin
Czesława Miłosza


Paweł Romaniszyn -
Polska Ziemia w Ugandzie

Reportaż z Afryki


Irena Siemiątkowska -
Ach żęby znów do szkoły
Kolejny rok działalnosci
polskiej szkółki


Magdalena Hen -
W Tajlandii rosną
pieprzowce
Reportaż


Andrzej Jar -
Czerwiec,
wtorek rano
Opowiadanie


Ewa Caputa -
Przeżyj to sam
Rozmowa z
grupą Lombard


Koncert grupy Lombard
Dom Polski, 18 września
fotoreportaż


Rozmaitości

Paweł Romaniszyn

"Polska Ziemia" w Ugandzie
(siedemdziesiąt lat afrykańskiej dbałości i polskiego zapomnienia)

Wczesnym rankiem wyjeżdżamy z Kapali, stolicy Ugandy, kierując się na północ do Parku Narodowego rozciągającego się wokół Murchison Falls, jednego z najbardziej widowiskowych wodospadów, gdzie rzeka Nil o szerokości 50 metrów przebijając się przez skały zwęża się do 6m i spada 40-metrowymi kaskadami. Leje jak z cebra, czyli jak na porę deszczową przystało. Ma to jednak i dobre strony. W czasie deszczu zabite korkami o każdej porze dnia ulice Kampali są wyludnione, pozwala nam to wyjechać na rogatki już po godzinie, nie będąc uwędzonym w smogu spalin wydobywającym się z setek motocykli, najbardziej popularnego tu środku transportu. Droga wiedzie przez lekko pofalowany teren, tu i ówdzie widać plantacje herbaty i trzciny cukrowej, dominują jednak przyzagrodowe ogródki, niestety z reguły bardzo zaniedbane. Deszcz powoli zaczyna ustępować i już po kilkunastu minutach trudno sobie wyobrazić, że była ulewa, afrykańskie słońce praży, trzeba otworzyć okna, bo klimatyzacja nie działa.

Szybko dojeżdżamy do miasta Masindi położonego ok.130km na północ od Kampali. Miasteczko całkiem przyjemne, czyste i nieprzeludnione, jak na warunki ugandyjskie. Nie byłoby warte odnotowania, gdyby jak dowiadujemy się po drodze, 20 km na wschód od niego nie znajdowała się wioska Nyabyeya, w okolicy której, w czasie II Wojny Światowej został zlokalizowany polski sierociniec.
Niełatwo tam dotrzeć w plątaninie polnych dróg, nie znając lokalnego języka. Szczęście nam jednak sprzyja. Przy pierwszym postoju, podchodzi do nas grupka tubylców, w takich miejscach biały przezywany tutaj “Masungo”, co dosłownie znaczy biały człowiek, jest dalej sensacją. Wśród nich starszy mężczyzna mówiący dobrym angielskim pracujący przy obsłudze linii elektrycznych, oferuje swoją pomoc. Okazuje się bezcennym nabytkiem, już po kilku minutach widzimy, że orientuje się w okolicy świetnie, a do tego posiada szczegółowe informacje o lokalizacji byłego polskiego sierocińca. On to właśnie pierwszy użył terminu “POLISH LAND’’, dalej używanego tutaj przez starszych mieszkańców.

Zaczęło się wszystko na mocy układu rządu gen. Sikorskiego ze Stalinem zawartego 30 lipca 1941 roku, rezultatem, czego było utworzenie armii złożonej z wywiezionych przez Sowietów na Sybir Polaków z Kresów Wschodnich. Przy jej formowaniu udało się wyprowadzić ok.18 000 polskich sierot z łagrów i miejsc zsyłki w kraju “wiecznej szczęśliwości” krwawym sierpem i młotem wyznaczanej. Po przybyciu do Palestyny polskie sieroty zostały rozlokowane na terenie różnych kolonii brytyjskich. Jednym z większych polskich sierocińców był obóz na terenie dzisiejszej Ugandy koło wioski Nyabyeya. Liczył on ok. 3000 dzieci, które powierzono opiece polskich kobiet i nielicznych starszych mężczyzn (niezdolnych do służby wojskowej) wyprowadzonych z “nieludzkiej ziemi” przez gen. Andersa. Przywieziono ich tutaj w 1942 roku i nie minęło dużo czasu, a zorganizowali się oni w jednolitą i dobrze zarządzaną społeczność, służącą przykładem okolicznym tubylcom.

Już z daleka widać na niewielkim wzgórzu (nazwanym wówczas wzgórzem Wandy) solidną budowlę zwieńczoną krzyżami. Wrażenie niesamowite, wokół jak okiem sięgnąć rozciąga się sawanna. Przed kościołem pod dużym baobabem ustawione równo ławki, jest sobota i właśnie trwa katecheza miejscowych dzieci. Dyscyplina wzorowa, dzieciaki zasłuchane, schludnie wyglądające. Coś zupełnie innego niż doświadczenia w Kampali. Nie chcąc wypaść na intruzów, staramy się zaparkować w większej odległości, by nie przeszkadzać i jakoś spróbować przemknąć się do kościoła, w którym właśnie odbywa się próba chóru, naturalnie przy akompaniamencie miejscowych instrumentów. Niestety nic z tego. Przybycie “masungo” wywołuje ogólne poruszenie, prowadzący katechezę przedstawia się, ogłasza przerwę, poczym wszyscy ruszamy do środka.

I tu mowę odbiera, wnętrze jakby przed chwila opuszczone przez polskich parafian. W głównej nawie, nad ołtarzem obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, na ścianach Droga Krzyżowa, a każda stacja opisana po polsku, wydaje się że za chwilę usłyszy się głos sygnaturki i z zakrystii wyjdzie ksiądz staruszek, a dzieci zaśpiewają majową pieśń ku czci patronki kościoła. Jest on, bowiem pod wezwanie Najświętszej Panny Marii, Królowej Korony Polskiej. Powoli spojrzenia kierują się w nasza stronę, wygląda jakby wszyscy czekali na przemowę. A mnie nijak do gadania, coś za gardło ściska…
Jest jednak czas na pozbieranie myśli, tylko nieliczni znają angielski, więc to, co mówię musi być tłumaczone na lugandzki. Po przedstawieniu się i krótkiej wzmiance o gospodarzach tego terenu sprzed 70 lat, zaczynam opowieść o obrazie Matki Boskiej Częstochowskiej, który jak głosi legenda namalowany został przez św. Marka Apostola. O tym, jaką czcią jest otaczany ten obraz w Polsce i czym był dla mieszkańców tego sierocińca. Kończąc dziękuję im serdecznie za opiekę nad grobami zmarłych wychowanków sierocińca, którzy zmarli tu w przyjaznej im Ugandzie, nigdy nie doczekawszy się powrotu do ukochanej Polski. Jeszcze tylko zapalenie świeczek na przykościelnym cmentarzu i serdeczne pożegnanie z powtarzającą się prośbą, byśmy nie zapomnieli o tych, co ponad 70 lat, pielęgnują polski kościół i cmentarz w sercu Afryki.
Dwie godziny minęły jak z bicza trząsł, pora wracać do Kampali i odszukać polskich zakonników, którzy niedawno tam przyjechali.Planowaną wycieczkę do Parku Narodowego odkładamy na później.Może my, do których los się uśmiechnął, przez samo to, że osiedliliśmy się w Kanadzie, zechcemy wesprzeć polskich misjonarzy w Ugandzie i sprawić, że po 70 latach znów pieśni religijne zabrzmią w kościele w Nyabyeya i okolicznych kaplicach.


Victoria, 12 pażdziernik 2011

Kinga i Paweł Romaniszynowie spędzili miesiąc w Ugandzie, gdzie pracowali jako woluntariusze.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji