nr. 26
VICTORIA, BC,
styczeń 2011
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA


ARTYKUŁY

Edward Kamiński -
Co to nieporobiło się

Ewa Caputa

HISTORYCZNE DEJA VU

Po Warszawie huknęła wieść: ktoś spalił w nocy łuk triumfalny postawiony specjalnie na przyjazd cara. Gdy Aleksander II wjeżdżał do Warszawy w 1860 roku, by spotkać się w stolicy z pozostałymi zaborcami Polski: austriackim cesarzem Franciszkiem Józefem, i pruskim regentem Wilhelmem, miasto wymarło. Ludzie zniknęli z ulic. Pozamykano sklepy. Zatrzaśnięto bramy, zamknięto okiennice. Nikt nie wita władców. Nie ma wiwatujących tłumów. Czasem tylko nie wiadomo skąd kamień rozbije szybę lub latarnię w królewskiej karecie. Reakcja ta była sygnałem narodowego buntu, jaki przez następne lata miał miejsce w Królestwie Polskim. Jego inicjatorami byli studenci, którzy początkowo dążyli do wyzwolenia ojczyzny i do rewolucji pokojowymi metodami, by w końcu przystąpić do orężnej walki.

Zjazd monarchów był jak policzek wymierzony Polakom, bo w polskiej stolicy zebrali się władcy krajów ościennych gwałcących niezawisłość ich ojczyzny, by przypieczętować akt jej rozdarcia. Dzięki akcji studentów, na czele których stał Franciszek Godlewski (1834-1863), miasto w dobitny sposób pokazało koronowanym głowom, gdzie są drzwi. Wieczorem w Łazienkach i przed Zamkiem odbywały się iluminacje, których nikt nie oglądał. Tym, którzy byli ich ciekawi nieznani sprawcy oblewali ubrania kwasem siarkowym. Gdy zacni goście przybyli do Teatru Wielkiego, zobaczyli na plakatach napisy „Trzech złodziei” przykrywające tytuł sztuki, jaką mieli obejrzeć. Niestety musieli zrezygnować ze spektaklu, gdyż okazało się, że siedzenia w królewskich lożach ktoś wysmarował błotem, a w teatrze panował taki fetor, że przedstawienie ku czci trzech monarchów nie mogło się odbyć. Żartowała sobie Warszawa z monarchów i płatała im złośliwe figle, więc szybko się rozjechali.

Walka narodu uzbrojonego tylko modlitwą i pieśnią zaczęła się na wielką skalę w 1859 roku mszą świętą za duszę trzech wieszczów: Adama, Juliusza i Zygmunta, poetów romantycznych, których nazwisk pod groźbą kary uwięzienia, nie wolno było wówczas wymawiać. Mszę zorganizowali studenci Warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Rozdawali na niej portrety Kilińskiego i ulotki z poezją polskich romantyków, która była zabroniona i budziła postrach u Moskali. Studenci propagowali rewolucyjną poezję i literaturę pobudzającą do czynnego działania. Zajmowali się też organizowaniem aktów dywersji utrudniającej życie, bądź ośmieszającej zaborców.

A kto powie, że Moskale
Są to bracia nas, Lechitów
Temu pierwszy w łeb wypalę
Przed kościołem Karmelitów.

(Rajmund Suchodolski, „Patrz Kościuszko na nas z nieba.”)

W kościele Karmelitów, w 30 rocznicę wybuchu Powstania Listopadowego odbyło się 29 listopada 1860 roku jedno z najważniejszych nabożeństw owego czasu. Na tym nabożeństwie odśpiewano po raz pierwszy „Boże coś Polskę”. Ciekawe, bo pieśń tę napisał w 1816 roku Alojzy Feliński (1771 – 1820) ku chwale cara Aleksandra I, ale ludność sobie ją odebrała zmieniając jej słowa. Od tego dnia pieśń ta rozbrzmiewała we wszystkich kościołach i brzmiała jak jęk boleści narodu, widzącego w wierze swoje wybawienie. Do rewolucyjnie myślącej młodzieży przystąpili duchowni, którzy stali na straży wiary i patriotyzmu. Warszawa znów była polityczną i duchową stolicą Polski. Warszawiacy pod patronatem duchowieństwa masowo przystępowali do obchodów narodowych rocznic.

Ambicją każdego stanu stało się inicjowanie nabożeństw za wolność ojczyzny. Miasto oblepione było plakatami, nielegalnie wychodządze pisma roiły się od podobnych ogłoszeń. Dzięki młodzieży warszawskiej, która dążyła do rewolucji mającej na celu wyzwolić kraj i wprowadzić równouprawnienie wszystkich klas i stanów rozlała się po wszystkich ziemiach polskich, manifestowano w Kijowie, w Wilnie, Poznaniu, wszędzie tam, gdzie były wyższe uczelnie i akademicka młodzież.

Namiestnik cara w Warszawie nie potrafił sobie z tą sytuacją radzić, więc Moskwa powołała jako swojego pełnomocnika, oddanego z całego serca Rosji polskiego arystokratę Hr. Długopolskiego. Zaraz po nominacji na ministra oświecenia i edukacji hr. Długopolski powiedział Kościołowi, że nie ścierpi państwa w państwie. Następnego dnia okazało się, że zniknął płot, który wyznaczał ogród hrabiego, w ogrodzie uniwersyteckim. Został tylko jeden kołek z napisem: „Nie ścierpimy ogrodu w ogrodzie”. Długopolski nie był złym panem, miał jakieś zasługi, zwłaszcza w rozwoju szkolnictwa podstawowego na terenie Królestwa, ale miał jedną wielką wadę współpracował z Rosją przeciwko swojemu narodowi, do którego kazał strzelać, A naród z godnością grzebał swoich zmarłych, którzy ponieśli śmierć od moskiewskich kul i nosił po nich żałobę

Narodowa żałoba była jeszcze jedną formą bezkrwawej walki z zaborcą. Ogłosił ją biskup warszawski Ksiądz Antoni Melchior Fjałkowski na pogrzebie Pięciu Poległych podczas manifestacji 22 lutego1861 roku. Kobiety zrzuciły jasne stroje wkładając czarne suknie. Czarno białe były wystawy sklepowe i szyldy uliczne, ubrane na czarno dzieci bawiły się czarnymi zabawkami. Kobiety schowały drogocenną biżuterię lub ofiarowały ją na rzecz ojczyzny, przyozdabiając swoje żałobne suknie żałobną biżuterią: nosiły bransolety w kształcie kajdanków, metalowe broszki z motywem korony cierniowej, krzyżyki wykładane czarną emalią. Gdy carat zabronił noszenia żałoby panie przypinały sobie do czarnych sukien kolorowe kokardki manifestując w ten sposób swoją hardość. Tylko na narodowe święta, takie jak rocznica Unii Litewskiej lub Boże Ciało ubierano się w jasne kolory.

W miarę wzrostu ilości manifestacji, wzrastała ilość rosyjskich żołnierzy biwakujących na wszystkich większych warszawskich placach. W Warszawie wzmagał się moskalski terror. Ludzie nie znali dnia ani godziny. Moskale dokonywali w nocy na rewizji lub aresztowań bez sądu. Za najmniejszą drobnostkę nielegalną ulotkę lub pocztówkę ludzi skazywano na więzienie, wywózkę na Sybir lub wcielenie do rosyjskiego wojska, często na szubienice. Nie było dnia by pod Cytadelą warszawską nie stały szubienice.

„Tam ziemia polska, gdzie wieszają Polaków, szubienice wskazują, gdzie granice Polski…” mówił w jednym ze swoich kazań arcybiskup Antoni Melchior Fjałkowski, który sam został ranny od moskiewskiej kuli podczas manifestacji w dniu 8 kwietnia 1861 roku. Tego dnia życie od kul i bagnetów Moskali straciło około 300 osób, zwłok nie było wolno zbierać. Żandarmi wrzucali je do rzeki lub grzebali w mogiłach zbiorowych w rowach pod Cytadelą. Nie odstraszyło to Polaków, którzy zbierali się na nabożeństwach przy okazji najróżniejszych świąt i obchodów.

W październiku odbył się uroczysty pogrzeb biskupa Fjałkowskiego, który stał się kolejną wielką manifestacją. Bezsilne wobec tego masowego ruchu oporu rosyjskie władze 14 października wprowadziły w Królestwie Polskim stan wojenny nakazujący zakaz udziału w manifestacjach i innych uroczystościach, podczas których demonstruje się polskość. Za złamanie carskiego zakazu grozić będą surowe kary bez sądu. Jednak już następnego dnia, 15 października w kościołach warszawskich odbywały się msze żałobne za duszę Tadeusza Kościuszki w rocznicę jego śmierci w 1817 roku. Wojsko i żandarmeria otoczyły kościoły. Modląca się w nich ludność zamknęła bramy. Wojsko otaczało świątynie przez całą noc. Uwięzieni wewnątrz ludzie spędzili noc na modłach. Następnego dnia rano moskale wywarzywszy bramy bili rozmodlony tłum i bezcześcili ołtarze. Tysiące ludzi trafiło do lochów cytadeli. Władze kościelne postanowiły zamknąć kościoły.

Manifestacje przestały się odbywać, ale nie ustała praca spiskowa młodzieży, która próbowała poprzez swoich kurierów dotrzeć do najdalszych zakątków Polski. Trwały czynne przygotowania do walki zbrojnej. Agitacja narodu nie ustawała. Sprzysiężenie Czerwonych, do którego należała rewolucyjna młodzież, pracowało intensywnie nad zdobyciem sobie jak największej ilości zwolenników wśród ludowych mas i chłopstwa. W tajnych drukarniach wydawało tajną prasę rozwożoną po całym kraju, w której przedstawiało swoją wizję nowej Polski. Władze carskie zdawały sobie sprawę z tych przygotowań. Poprzez siatkę tajnych szpiegów i donosicieli hr. Długopolski otrzymywał raporty o rosnących rewolucyjnych nastrojach. By położyć kres tej konspiracji, 15 stycznia 1863 roku ogłosił brankę polskiej młodzieży do carskiego wojska, chcąc w ten sposób zlikwidować spiskowe organizacje. Wieść o brance rozniosła się w Warszawie na kilka dni przed jej wprowadzeniem. Dzięki temu część spiskującej młodzieży zdołała uciec.

22 Stycznia 1863 wybucha Powstanie Styczniowe, które w pamięci historii zapisało się jako heroiczny, ale nieudany zryw zbrojny, w którym za wolność i równość w ojczyźnie straciło życie wiele młodych ludzi.

Myśląc o tamtych dniach przeżywam swoiste deja vu i kolejny raz dochodzę do wniosku, że historia kołem się toczy i lubi się powtarzać.

* * *

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji