nr. 23
VICTORIA, BC,
pażdziernik 2010
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

Od Redakcji

Ewa Caputa

Być muzykiem

Ostatniego lata, przed wyjazdem do Polski na wakacje, w portalu społecznościowym „Nasza Klasa” Małgorzata Dzbik zrobiła następujący wpis:


Kilka lat temu Polska Organizacja w Victorii BC zaprosiła mnie żebym poprowadziła ich zespół ludowy. Zgodziłam się, trochę z ciekawości, a trochę z obowiązku. Szybko jednak zakochałam się w polskiej muzyce ludowej i teraz sprawia mi to ogromną przyjemność, że gram i śpiewam z moimi rodakami.

Oni wszyscy są tacy utalentowani – mamy akordeonistę, basistę, wiolonczelistę, gitarzystę i kilku bardzo dobrych śpiewaków i śpiewaczek. Nasz basista zaczął pisać piosenki, które ja pomagam opracowywać. Już niedługo zaczniemy nagrywać własną płytę i mamy nadzieję przyjechać do Polski na festiwal ludowych zespołów. A jakie mamy imprezy po naszych występach! Nie możemy przestać tańczyć i śpiewać i grać prawie do rana. Inni zachwycają się muzyczną radością, jaką nasza grupa pulsuje. To właśnie tej radości brakowało mi w muzyce klasycznej. To nie znaczy, że teraz porzucę muzykę klasyczną; wręcz przeciwnie – czuję, że udało mi się do niej przenieść trochę tej ludowej radości i prostoty i mam teraz więcej przyjemności również grając muzykę poważną. Na dodatek poszerzyłam swoje muzyczne horyzonty i doświadczenia i techniczne umiejętności, a o to mi właśnie w życiu chodzi. Do tej pory uważałam, że nie robię nic ważnego. Macham smyczkiem cały dzień i tylko bogate snoby przychodzą na koncerty. Jednak grając z ludową grupą zdałam sobie sprawę, że muzyka może uleczyć duszę, uszlachetnić charakter, przynieść radość i jeśli ja, jako muzyk aż tyle mogę zrobić dla moich słuchaczy, to czuję, że zasłużyłam na życie. My, muzycy jesteśmy potrzebni.

Małgorzata gra na skrzypcach od siódmego roku życia. W średniej szkole, oprócz muzyki, zainteresowana była językiem angielskim i medycyną.
- Chciałam być lekarzem. – mówi podczas naszego spotkania w Starbucks. - Przygotowywałam się do trudnych egzaminów na medycynę. Nie planowałam zdradzić muzyki, którą bardzo kochałam, ale wydawało mi się, że będąc lekarzem stać mnie będzie na to, by uprawiać muzykę jako hobby.
Przed egzaminami na studia medyczne pojechała do Kanady na zaproszenie jednego z kolegów; przez kilka lat z nim korespondowała. Kto z Polski mógłby odmówić wakacji w Kanadzie? Pojechała, więc.

- W Kanadzie zakochałam się w Staszku i wyszłam za niego za mąż. Oprócz zawodowej kariery chciałam również mieć rodzinę, dzieci – mówi Małgorzata poprawiając kosmyki w kolorze miedzi wijące się po jej ramieniu.
Pozostanie na stałe w Kanadzie było dla niej trudną decyzją. Nie bardzo wiedziała jak się odnaleźć. A tu trzeba było szybko podejmować decyzje, co robić w nowym kraju. Oczywiście, medycyna przestała wchodzić w grę. I wtedy jej mąż, Staszek zaproponował jej, by zaczęła się przygotowywać do uczenia gry na skrzypcach i zrobiła z tego swój zawód.

Opowiada o tamtych czasach, tak jakby to było wczoraj:
- Znałam angielski z Polski i zawsze lubiłam ten język. Moim marzeniem było, choć przez parę lat zamieszkać w anglojęzycznym kraju, by pogłębić swoje językowe umiejętności, no i tak się stało. W moim życiu były trzy ważne pasje: muzyka, medycyna i angielski, ale los zadecydował, że nie można mieć wszystkiego na raz. No i podarował mi spełnienie dwóch pasji: muzykę i angielski. Jestem muzykiem w Kanadzie, uczę grać na skrzypcach i to jest fantastyczne.

Po ślubie zapisała się do Camosun College w Victorii, gdzie spotkała znakomitego pedagoga, Sydney Humphreys, od którego nauczyła się angielskiej muzycznej terminologii - nie można się tego nauczyć w zwykłej językowej szkole - ale co najważniejsze, dzięki niemu poznała nową metodę uczenia muzyki systemem Suzuki.
- Byłam bardzo zdziwiona, że tutaj uczy się gry na skrzypcach trzy i czterolatki. W Polsce stosuje się tradycyjną metodę nauki muzyki. Dzieci zwykle zaczynają chodzić do szkoły muzycznej w wieku siedmiu lub sześciu lat. Nauka zaczyna się od czytania nut. Nauczyciel uczy jak czytać nuty i jak grać. Tutaj trzy i czterolatki uczą się bez nut. Dzieci, które uczą się grać ze słuchu mają lepszy kontakt z muzyką, bo nie przez stojak, nie przez znaki, ale przez ucho i mózg. I to ucho i mózg będą im mówiły gdzie składać paluszki na gryfie, a nie te nutki przed oczami. W Polsce o takiej metodzie nigdy nie słyszałam. Byłam tym zachwycona. Poza tym myślałam, że jeżeli tu w Kanadzie uczy się muzyki już na poziomie trzeciego, czasem drugiego roku życia, to nauka muzyki może być tu intratnym zawodem, bo istnieje więcej możliwość posiadania wielkiej ilości studentów. Będąc skrzypaczką tutaj i nauczycielem muzyki, będzie się można utrzymać z tego lepiej niż w Polsce.

- To jest metoda wymyślona i wprowadzana w życie przez japońskiego muzyka, skrzypka i nauczyciela, Shinichi Suzuki. Wyszedł on z założenia, że muzyki należy się uczyć w młodym wieku nie zwracając uwagi na to, czy ma się czy nie ma talentu. Metoda ta przeznaczona jest dla małych dzieci i uczy się je kochać muzykę przez naśladownictwo. Uczę grać na skrzypcach dziecko i ono widzi, że ja kocham muzykę, w domu jego mama ćwiczy grę, więc ono widzi, że mamusia też kocha muzykę, bo również uczę grać mamusię. I myśli sobie takie dziecko: wszyscy dookoła mnie graja, to ja też chcę grać i będę kochać muzykę. Naukę muzyki dajemy dziecku jako przykład, jako miłość, a nie przymus, jak to często bywa w tradycyjnych metodach nauki.

- W mojej szkole na przykład byli nauczyciele, którzy bili dzieci po rękach smyczkiem. Dzieci uczone tradycyjnymi metodami, często się do muzyki zniechęcają. Przy nauce metodą Suzuki, zamiast uczenia się nutek, dzieci najpierw wyrabiają sobie słuch. Dziecko, które umie dobrze słyszeć muzykę, nie będzie fałszowało. Dzieci muszą słuchać muzyki, zwłaszcza tych utworów, których będą się uczyły w ciągu kilku następnych miesięcy, przynajmniej 20 min dziennie. Dzieci uczą się stopniowo, po kolei uczą się ustawiać paluszki na strunach. Podstawą naszej metody jest melodia ‘Twinkle, Twinkle Lite Star’ każda nowy utwór, jaki gramy wnosi tylko dwadzieścia procent czegoś nowego, żeby nie obciążać dzieci materiałem i pracą. Techniczne triki są zabawą, żeby dziecko się nie zniechęciło i nie fałszowało. To jest dla mnie niesamowite, że ktoś to wreszcie odkrył i te wszystkie punkty złożył w jedną metodę.

- Uważam się za jedną z ambitniejszych nauczycielek gry na skrzypcach w tym mieście. Jestem koordynatorem progamu Suzuki skrzypcowego w Konserwatorium ( Victoria Conservatory of Music). Oczywiście jestem muzykiem, więc oprócz tego, że uczę muzyki, gram zarobkowo w różnych grupach i z różnych okazji: gram dla orkiestry symfonicznej w Victorii, dla Palm Court Orchestra, Operatic Society, gram też w Gilbert & Sulivan Society. Poza tym gram w kwartecie bałkańskim ‘Jamshed’. Tworzę też duet z gitarzystą - gramy na przyjęciach, na weselach, nawet graliśmy na pogrzebie i było to takie wzniosłe przeżycie - poczułam, że muzyka jako nośnik energii jest łącznikiem między żywymi, a tymi, którzy odchodzą. Na pogrzebie odniosłam wrażenie, że moja muzyka sięga jakby gdzieś dalej, wyżej i nadaje spirytualnej wzniosłości temu pogrzebowi. Granie na ślubach, ma innych charakter, bo ta gra to wyrażanie radości. Jest ona tylko tłem, tego wszystkiego, co się dzieje. Ma umilać czas i stanowić rozrywkę, a nie ma takiego wielkiego głębokiego wymiaru. Jako artysta, potrzebuję takich wzniosłych uniesień, żeby iść dalej i prawdziwie się rozwijać. Grając na koncertach lub w kościele czuję się uskrzydlona.

- Trudno mi powiedzieć, czym dla mnie jest muzyka, bo przecież muzyka polega na tym, że nie używamy słów. Dla mnie muzyka to jest środek komunikacji. To jest więcej niż słowa i jest bardziej precyzyjnym i głębszym środkiem komunikacji niż słowa. Muzyką wyrażamy najwięcej, bo jest to bezpośrednia ekspresja emocji. Słowa też wyrażają emocje, ale muzyka to robi pełniej. Lubię poezję, potrafię do łez wzruszyć się wierszem, ale muzyka szybciej do mnie dociera. Świat muzyki jest dla mnie bardziej elastyczny niż świat słów. Bo każdy człowiek szukając tego samego utworu będzie przetransformowany do innego uczucia, do innej emocji, inne w nim te dźwięki wywołają skojarzenia. Zależy od tego, gdzie chce się znaleźć i gdzie jest w danej chwili, gdy tego słucha.

- Granie jest dla mnie swego rodzaju formą ekspresji tego, co dzieje się we mnie, ale przede wszystkim to jest katharsis. Gdy mi źle, to przychodzę do domu, gram parę kawałków i już mi lepiej, ale nie wyżywam się na instrumencie, nie piłuje skrzypiec, tylko gram coś, co lubię i już mi lepiej. Nawet nie musze grać niczego konkretnego, tylko przesunę smyczkiem po strunach i wydobędę kilka dźwięków. Starożytni Grecy uważali, że muzyka i matematyka są sobie pokrewne i są sztukami tzw. Wyższymi, bo tworzy je ludzki intelekt. Jest w nich precyzja, ale muzyka jest z wyższej półki. Grecy wierzyli, że muzyka potrafi uleczyć człowieka i ma siłę poruszania spirytualnych strun. Człowiek może być chory również na depresję i wtedy muzyka ma w pełni dobroczynne działanie. Może być lekarstwem, ale umiejętnie serwowanym. Dla mnie takim osobistym lekarstwem jest granie w polskim zespole ludowym. Dzięki temu zespołowi odkryłam nową muzykę, która mnie zainteresowała. Żeby się nauczyć muzyki góralskiej, musiałam to robić ze słuchu. Tak jakbym sama musiała uczyć się metodą, którą stosuję w pracy ze swoimi uczniami. Uczyłam się grac z nagrań. Uważam, że to poszerzyło moje umiejętności i dało mi więcej pewności, ze ja ten utwór naprawdę znam. Pulpit nie stał na przeszkodzie tej nauki. Była muzyka w moim uchu i w moich palcach. To było ciekawe doświadczenie. Klasyczni muzycy w ten sposób nie grają. Zasmakowałam w góralskiej muzyce. Nawet swoje ostatnie wakacje w Polsce jej podporządkowałam. Przez tydzień byłam w Zakopanem i co wieczór słuchałam innej góralskiej kapeli. Gdy w przerwie podchodziłam do muzyków i mówiłam, ze też gram góralską muzykę, zapraszali mnie do grania z nimi. To takie niby małe wprawki, ale bardzo pomocne. Byłam też na dwóch koncertach znanych kapel góralskich ‘Zakopower’ i ‘Trebunie Tutki.’ W obu przypadkach nawiązałam kontakt z menadżerami tych zespołów z nadzieją, że wyniknie z tego cos dla nas dobrego.

- Polska muzyka ludowa emanuje fantastyczną siłą. Grając ją docieram do swoich korzeni i je odnajduję, tak ze wypełnia mi to taką pustkę, którą w sercach czują emigranci. Przez tę muzykę, a może dzięki tej muzyce zaspokojone zostają moje tęsknoty. I to jest ważne. Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, ze jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem, bo mam taki zawód, który posługuje się międzynarodowym językiem muzyki i że mogę go ze sobą zabrać wszędzie i wszędzie wykonywać. Umiejętność grania dała mi świadomość, że jestem poprzez muzykę połączona z moim własnym krajem, więc gdziekolwiek się znajdę na świecie wszędzie będę się czuć jak u siebie w domu.

Następny artykuł:

Napisz do Redakcji