NavBar
nr. 11
VICTORIA, BC,
maj 2009

INFORMACJE 
LOKALNE
Nadchodzące imprezy, ważne adresy i kontakty


ARTYKUŁY

E.Caputa - Parada
Po raz pierwszy od ponad 30 lat...


Dwie Rocznice
Śmierci Marszałka i zdobycia Monte Cassino


Ewa Caputa - Zaraza
Grypa Świń


Tadeusz Cieński - Kozacy
Wspomnienia weterana Wojny Bolszewickiej


Urszula Zielińska - Warszawskie Pomniki
W czasie II Wojny Światowej podzieliły los swojego miasta


Włodzimierz Kowalewski - Wielki Człowiek
Witold Gombrowicz


Ewa Korzeniowskia - Dwa Spotkania
Młodzież niemiecka i żydowska odwiedza Polskę


FOTOREPORTAŻE

Przygotowania do Parady

Parada

Dzień Matki


KOZACY

(Ze wspomnień p. Cieńskiego, weterana Wojny Bolszewickiej)

...”Następnego dnia patrole stwierdziły bardzo silne oddziały nieprzyjacielskie otaczające Toporów z wszystkich stron, a łączność z dowództwem dywizji została przerwana. Artyleria bolszewicka zaczęła ostrzeliwać miasteczko.

Zostałem wysłany tuż za Toporów, by obserwować ruchy nieprzyjaciela i z mojego punktu obserwacyjnego cały czas widziałem duże ilości jego wojsk, zmierzających ku zachodowi. Szła kawaleria, piechota, jechały tabory i działa i stale musiałem wysyłać ułanów z meldunkami. Ogień artylerii spowodował w miasteczku pożary, a kilkakrotne natarcia były odparte. Wozy z rannymi wysłane rano z Toporowa dostały się w ręce Bolszewików i tak ranni jak i zdrowi jeńcy zostali wymordowani.”

Kozacy szczególnie okrutnie mordowali wziętych do niewoli oficerów. Jedną z powszechnie stosowanych metod było zdejmowanie z nich skóry na żywo.

...„Jechaliśmy ku Brodom z powrotem drogą odwrotu sprzed czterech dni i wyjątkowo cały nasz szwadron był w pełnym składzie. Kiedy zatrzymaliśmy się na krótki postój w Węglarkach, zjawiał się chłop, który powiedział, że we wiosce położonej wśród lasów o trzy kilometry od nas znajdują się tabory bolszewickie. Dowódcy naszego szwadronu i idącej z nami kompanii piechoty zdecydowali wysłać lasem oddział wojska, któryby spróbował je zagarnąć. Poszliśmy więc prowadzeni przez tego chłopa. Kiedy znaleźliśmy się na skraju lasu, zobaczyliśmy wielką polanę, pośrodku której w odległości około półtora kilometra widać było wieś. Ze wsi prowadziła na wschód droga, która za ostatnimi budynkami wchodziła w las. Zaproponowałem, żeby działo, które mieliśmy ze sobą oddało parę strzałów, poczym od północnego zachodu piechota zaatakowałaby wieś i kiedy tabory zaczną uciekać drogą do lasu, ja z moimi ułanami wezmę ich do niewoli. Jednak dowódca piechoty nie zgodził się z moim planem i polecił mi od razu szarżować z ułanami wieś. Sprzeciwiałem się temu twierdząc, że nie mogę atakować w kilkunastu ułanów nie znanych mi sił wroga. Jednak porucznik uparł się przy swoim planie.

Było około 9 rano, kiedy wyruszyliśmy kłusem przed siebie. Niebawem z prawej strony ukazało się kilku Kozaków lonżujących nas. Dopiero z odległości około 100 kroków poznali w nas Polaków i skręciwszy ku wsi ruszyli galopem, a my za nimi. W galopie strzeliłem kilka razy do uciekających i wpadliśmy do wsi. Wśród zabudowań droga wiodła w prawo i doprowadziła na wielki plac. W tym momencie zobaczyłem stojący przed sobą duży oddział Kozaków na koniach. Dzieliła nas przestrzeń placu. Z trudnością zatrzymałem rozpędzoną Szpaczkę. Byli przy mnie sierżant Wójtowicz i Jasiek Kożuch. Kazałem Jaśkowi strzelać z karabinu do Kozaków, ale kiedy druga kula odstrzeliła tylko gałązkę nad nami zobaczyłem, że nie mierzy. W tej sytuacji zorientowałem się, że natychmiast nastąpi atak Kozaków. Zawróciłem konia i ruszyliśmy z powrotem do swoich. Sytuacja zmieniła się. Przed chwilą byliśmy w pogoni za Kozakami, a teraz my byliśmy ścigani.

Jadąc przez wieś widziałem pojedynczych Kozaków, którzy dosiadłszy koni wyjeżdżali z obejść chłopskich na drogę, którą pędziliśmy. Jeden z nich wpadł wprost na mnie i gdyby nie celny strzał z Mauzera, kładący go trupem na miejscu, nastąpiłby karambol.

Pędziliśmy tą samą drogą przez wieś i przez pola, a Kozacy jadąc nam na karkach strzelali do nas wykrzykując ‘Pastoj Polaczki, pastoj!’. Skoro zbliżyliśmy się do lasu, Bolszewicy zaprzestali pościgu ostrzelani przez naszą piechotę.

Gorzkie robiłem wyrzuty porucznikowi, że bezcelowo naraził nas na taką nieszczęsną przygodę. Powiedziałem mu, że we wsi nie widziałem żadnych taborów, jedynie silne oddziały Kozaków. Wtedy piechota rozciągnęła się w tyralierę i ruszyła ku wsi. Ja poszedłem z nimi, uprzednio zostawiwszy sierżantowi Wójtowiczowi moich ułanów, podnieconych niefortunną wyprawą.

Idąc wśród żołnierzy, wziąłem od jednego karabin strzelając do harcujących przede mną Kozaków. W momencie kiedy wystrzeliwszy magazynek oddałem karabin do powtórnego nabicia, z lasu od prawej strony, z odległości kilkudziesięciu kroków, wypadła sotnia kozacka i z przeraźliwym krzykiem rzuciła się na idącą ku wsi piechotę.

Powstał zamęt, popłoch i panika. Kozacy z szablami w dłoniach gonili na swoich koniach pojedynczych żołnierzy, którzy w ucieczce do lasu porzucali wszystko, byle tylko uratować życie.

Wtem ujrzałem o parę kroków Kozaka, który zamierzał się szablą na uchodzącego piechura. Strzeliłem do niego, spadł z konia zanim dosięgnął swą ofiarę. Począłem i ja ratować się ucieczką.

Wpadłem do lasu, tu rozszalało się piekło na ziemi. Kozacy z dobytymi szablami uganiali się za naszymi tnąc śmiertelnie. Krzyki Kozaków mieszały się z przeraźliwymi jękami rannych. Nagle usłyszałem za sobą trzask, obróciłem się, o parę kroków ode mnie stał w strzemionach brodaty Kozak z szablą gotową do cięcia w dłoni.

Trzymałem cały czas pistolet w ręku i w tym momencie skierowałem lufę ku niemu. Kozak błyskawicznie zorientował się w niebezpieczeństwie, nie przypuszczał, że mam broń, a ujrzawszy pistolet, zawrócił konia w bok wołając ‘ne strylaj!’. Chciał zawrzeć ze mną momentalne zawieszenie broni, wiedząc, że moja kula prędzej go dosięgnie niż mnie ostrze jego szabli. Lecz ja czując moją w tej chwili przewagę pociągnąłem za cyngiel.... Mauzer nie wypalił!

Święty Krzysztof strzegł mnie. Kozak nie usłyszał kłapnięcia i nie powrócił do mnie, by pomścić nie udany strzał. Jeszcze jedna chwila, a zobaczyłem wśród starych dębów, które nas otaczały, moją Szpaczkę, moją wybawczynię, która puszczona luzem, stała tu w lesie cała drżąc. Mgnienie oka i byłem uratowany!”

...”Po odbiciu Brodów, doszły rozkazy Naczelnego Dowództwa, że 18 Dywizja miała natychmiast zostać wycofana z frontu południowego i być przewieziona koleją na północ, by wziąć udział w obronie zagrożonej Warszawy. Przed odjazdem Dywizji, odbyła się uroczystość na której dowódca frontu generał Iwaszkiewicz nadał Krzyże Virtuti Militari, najwyższe polskie odznaczenie wojskowe generałowi Krajewskiemu, dziesięciu oficerom i 25 szeregowym żołnierzom dywizji. Był to początek sierpnia 1920 roku.”

Ciag dalszy nastąpi

Napisz do Redakcji